środa, 15 sierpnia 2018

Od Kai CD Vados

Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, jakby w ogóle było to możliwe. Bardka chwyciła kobietę pod ramię i zaczęła wesoło iść w kierunku drzwi, może i chcąc mieć już to wszystko za sobą albo po prostu z powodu wyjątkowo dobrego humoru, którego nawet bolący i okropnie ciągnący bark nie mógł zepsuć.
— A więc — zaczęła, a Montgomery momentalnie poświęciła całą swoją uwagę dziewczynie, przy okazji lekko przekrzywiając głowę — trochę tych składników będę miała, trzeba je wszystkie przetworzyć na odpowiednie leki. Chyba najbardziej popularne są bóle albo gorączka.
— Kochana, muszę przyznać tobie rację — stwierdziła ciemnoskóra, wzruszając ramionami. —Do sklepu jest dosyć daleka droga, nie sądziłabym, aby udało nam się wrócić do domu przed zmrokiem.
— Spokojnie Kai, u nas w gildii jest zielarz, na pewno znajdziemy u niego to, czego potrzebujemy. A jak nie, to udam się jutro do sklepu i kupię potrzebne mi składniki — oświadczyła Vados, na co bardka mogła tylko uśmiechnąć się szerzej, bo przecież doskonale wiedziała, o kim mówi dziewczyna.
— Chodzi ci o Coeha? — zapytała Montgomery, a osobom wokół niej mogło wydawać się, że w zielonym oku coś zabłysło.
Trzeba było to przyznać, choć dużo kontaktu z chłopakiem nie miała, to zdecydowanie zdążyła poczuć do niego jakąkolwiek sympatię.
— Tak dokładnie o niego, poszukamy go w okolicy. — Uśmiechnęła się ciepło, przy okazji machając swoją dosyć pokaźną laską.
Rozmowa była naprawdę… przyjemna. Spokojna, bez wymagających tematów, raczej przypominała te krótkie wymiany zdań na ulicy na temat pogody czy wymienianie się plotkami o ostatnich, raczej mniej zobowiązujących, wydarzeniach. Ciemnoskóra raczej na to nie narzekała, wręcz przeciwnie, bo w końcu mogła po prostu przez chwilkę nie zajmować się myśleniem, a parskać śmiechem w odpowiednich momentach i raz na jakiś czas samej coś dopowiadać. Pasowało jej to.
A następnie nastąpiła szybka wymiana zdań pomiędzy Coehem i Vados, czemu Kai przyglądała się z delikatnym uśmiechem na twarzy. Wszystko zostało ustalone, a więc ostatecznie wszyscy bardzo ładnie się pożegnali, po czym kobiety opuściły pomieszczenie.
— To co jesteś głodna? — zapytała w końcu Vados, na co Kai skinęła głową. Kto wie, może i miała jakąś tam słabość do jedzenia, a w końcu w teorii powinna dbać w jakimś stopniu o swoją sylwetkę. Ale przecież nie zjadła śniadania, więc raczej trochę większy posiłek nie powinien jej zaszkodzić, prawda? — Zobaczymy czy jest już pora na jedzenie? Jak nie, to pochodzimy sobie trochę.
Uśmiechnęła się, stając na chwilkę.
— Oczywiście, bardzo chętnie ci jeszcze potowarzyszę, kochanie — oświadczyła. — A więc, proponuję zejść na dół, aby zajrzeć na stołówkę i do Iriny, a jak nic tam nie znajdziemy, nad czym będę bardzo ubolewać, jeżeli tak się stanie, to możemy przejść się do ogrodu i tam usiąść w świętym spokoju. Zgoda?
I tak jak powiedziała, tak zrobiły.

wtorek, 14 sierpnia 2018

Od Blennena C.D: Aries


***

   Początkowo nie przywiązywał nawet wyjątkowej wagi do całego zajścia, kiedy to młoda, niska istota wspięła się na niego ponownie. Choć faktem było, że irytowała go owa postawa. Nie przywykł do tego, że może posłużyć jako pal drewna, na którym można się skryć od pozornego niebezpieczeństwa. Za drugim razem krótko jednak skomentował przedsięwzięcie. Być może rozmówczyni czerpała z tego przyjemność, on zaś z pewnością nie. Jego zimne oczy zabłyszczały złowrogo, gdy natknęły się na spojrzenie – zapewne, mieszkanki Gildiii. Twarz, jako miał to w zwyczaju, nie zdradzała emocji, podobnie jak i ton głosu. Choć najłatwiej jest ugruntować się w przekonaniu, że to bardziej bucowate podejście do życia i całego świata czy wszechświata, szeroko pojętego pojęcia. Bez dłuższego zastanowienia chwyciwszy ją za tył garderoby, chciał zdjąć ją z siebie, aż dziewczę nie poczęło mówić dalej. Zatrzymawszy więc swe działania, stwierdził, że jej wysłucha. Propozycja misji nie była wcale złą, ale zapewne i niezbyt ciekawą. Fakt faktem nie miał zbyt wiele do pracy na terenie wioski od dość znacznego czasu, nie zmieniało to jednak faktu, że wolałby oddać się bardziej wyrafinowanemu zleceniu, aniżeli pełnienie roli strażnika wspinającej się i nieporadnej kokietki. Z taką samą miną, z jaką patrzył na nią już wcześniej - zdjął ją z siebie, odstawiając na ziemię, gdy tylko skończyła mówić. Było to uprzejme, czyż nie? Milczał pewien czas, kalkulując opłacalność owej propozycji, aż rzucił tylko krótkim "nie" i odwróciwszy się na pięcie gwizdnął na Leithela, by do niego dołączył. Nie miał okazji podziwiać miny dziewczęcia, ale nie żałował tego. Nie przepadał za obserwacją rezygnacji i zawiedzenia. To w żaden sposób nie bywało pokrzepiające, więc dlaczego miałby się zadręczać. A przede wszystkim, po co zadręczać swoje puszyste, białe sumienie? Poza tym, tak właściwie nie wiedział po co miałby udać się z nią nad morze. To jedynie nikłe domysły pełnienia owej funkcji. W końcu w żaden sposób nie miał okazji poznać wcześniej niebieskowłosej. Dopiero kiedy zaczął odchodzić, jego brwi ściągnęły się nieco do środka w iskrze zdziwienia. Nie wysuwałaby takowych propozycji, gdyby miały być one prywatne, a nie związane z obowiązkami, prawda? Byłoby to co najmniej głupie i dziecinne. Przynajmniej tak zdawało się wiarusowi. Nie wzruszył nawet ramionami udając się w kierunku stołówki. Nie jadł jeszcze obiadu i zdecydowanie chciał to naprawić. Jego żołądek odzywał się od blisko trzydziestu minut, a sam dźwięk zaczynał go powoli irytować. Leithela również, jak mogłoby się zdawać. Poczuł jak na oko opada mu kosmyk ciemnych włosów, z braku chęci nie odgarniał go. Zbyt krótki, by wsunąć go za ucho, zbyt krótki, by nie uszedł spod wiązania kucyka. Utrapienie, jednak wbrew pozorom takowe uczesanie zdecydowanie mu odpowiadało. Na sobie nosił lekką, czarną zbroję z charakterystycznymi czerwonymi piórami. To zdecydowanie jego kolor. Wcześniejszy trening wydawał mu się być stosunkowo udanym. Od czasu lekkiego, ale pożywnego śniadania ćwiczył swoją technikę walki wręcz. Niestety nie miał nikogo do sparingu. Zadowalał się zatem zaledwie manekinem. Według siebie ceniący się wojownik dostrzega zagrożenie nawet w wystruganym w drewnie oponencie. Po cóż obrastać w chwałę i pychę? Można ją przecież w sobie tłamsić. Obarczać niewielkie stworzonko, formę głosu rozsądku, oczu duszy. Dopełnienie, jakież to przyjemne.
   Po kilku krokach raczył zapomnieć o skocznej małpce egzotycznej. W taki oto sposób myślał o młodej dziewczynie, o niecodziennym kolorze włosów. Była dla niego w tym momencie całkiem zbędna, przynajmniej takowe wrażenie chciał wywołać. Białe stworzonko wesoło skakało obok niego, prędkimi ruchami łapek prąc naprzód. Oboje zaczynali robić się głodni, dlatego skierowani w stronę stołówki po pewnym czasie przekroczyli jej drzwi. Sakiewka z owocami dla pupila von Rafgarela wypełniona została egzotycznym granatem i dwoma kiwi. Ostatnio wiele zapłacił za owe smakołyki. Zapewne przez trud ich poboru oraz wcale nie największe ilości na straganach. Najprawdopodobniej pozwolić sobie na nie mogą zamożniejsi mieszkańcy. Blennen nie zważał na to jak spory majątek ciągnie za sobą. Monety wydawał na wszystko to, co było mu potrzebne, niewiele dla przyjemności, więcej zaś dla życia. Nie zmieniało to faktu, że lepiej kupić coś solidniejszego i ładniejszego, niż słabego wykonania i niezbyt ładnie pachnącego od lewego sprzedawcy, ale za niższą cenę. Nie lubił nazbyt oszczędzać na wygodzie. Choć jako wojownik można stwierdzić - życie byłoby dla niego dogodne nawet na pryczy ze słomą zamiast aksamitnej pościeli, to tak naprawdę każdemu bojownikowi marzy się ciepłe łoże w deszczowe dni, pożywne śniadanie i ewentualnie jakaś zadziorna kobieta. Blennen po wejściu do kantyny rozejrzał się nieobecnym wzrokiem, sam nie wiedział po cóż to w ogóle uczynił. Podszedłszy po dzienną porcję obiadową spojrzał na jedną z kucharek i bezwiednie powędrował wzrokiem na tacę, na której powoli pojawiało się jedzenie. Półmisek z parującą zupą, talerz z wołowiną w miodzie i ziołach, obok której usytuowano warzywa takie jak marchew, groch, kilka brukselek i sporą ilość brokułu. Całość pachniała apetycznie. Dostał spory kawał mięsa, co zdecydowanie w duchu go uradowało. Jakby przebudził się w nim ten dawny szczerbaty chłopiec ze świecącymi oczyma wpatrzony w talerz z jedzeniem. Zajął więc miejsce, samotne, gdzieś w kącie całej sali. Tam zanim zaczął jeść wyjął z sakiewki kiwi i granata, które ułożył na ziemi, by jego przyjaciel również mógł się posilić. 
- Smacznego. - rzucił i pogłaskał zwierzątko po głowie. 
Zupa była zrobiona z buraków, a w sobie miała ich kawałki oraz makaron, tak prosty, że ciężko było nabrać go na łyżkę, gdyż od razu spadał i chlapał dokoła miski. Westchnął jedynie i mimo przeszkód zaczął jeść. Jedzenie podawane codziennie mu smakowało. Nie były to co prawda faszerowane kaczki w goździkach ani pieczone kalmary nadmorskie et cetera. Mimo to, po prostu zawsze odstawiał puste talerze i miski. Leithel mlaskał swymi owocami, a kiedy Blennen skończył walkę z makaronem w zupie, z chrapką i chęcią pochłonął i drugie danie. Czuł jak jego żołądek mu dziękuje, jak błaga o odpoczynek po sytym jedzeniu. Odstawiwszy naczynia do zwrotu udał się do wyjścia, w progu natknął się jednak na nękającą go od rana kokietkę. Westchnął gardłowo i spojrzał na nią lodowato z góry.
- Znowu ty. - burknął jedynie pod nosem, mrugając ze znudzeniem.
Zaczynał się już poważnie zastanawiać czy nie podlega to pod nieudolne śledzenie lub jeszcze bardziej nieudolne prześladowanie wojownika. 
***
[Aries?]

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Od Ignatiusa cd. Xaviera

Jego myśli nieustannie krążyły wokół zagadkowych złodziei. Wykluczył już obecność osoby magicznej w tej bandzie, jeśli gdzieś się one rzadko ukazywały, to właśnie w stolicach, gdzie łatwo dało się trafić na podejrzanych ludzi. W szczególności musieli na nich uważać właśnie nadprzyrodzeni, ci nieostrożni nie raz mogli skończyć na targach niewolników. A z sprzedania takiej istoty odpowiedniemu kupcowi można było wyciągnąć więcej niż z drobnych kradzieży, nawet codziennych. Tu teorię wspierała wątpliwość sekretarza do lojalności członków takiej złodziejskiej społeczności. Takie trupy trzymały się razem, póki zysk był dobry i dało się jednakowo podzielić. Kiedy plany przestawały działać lub dostrzegano okazję na lepszy zarobek czyniono to, nawet jeśli oznaczało to sprzedanie członka kompanii.
Ale co jeśli ta działała inaczej niż zakładał? Ah, ciężko było odgadnąć, co siedzi w głowie innym ludziom. Ignatius rozejrzał się po pustej ulicy, którą kroczył. Jak zadecydował wychodząc z księgarni tak zrobił i, szczerze, nie żałował tego. Niby droga ta była równoległa ulicy głównej, ale gwar dnia targowego ledwie tu docierał i co najważniejsze, nie musiał się przeciskać w tłumie. To znowu pozwoliło mu rozluźnić się nieco, nie musiał skupiać całej uwagi na swoich kieszeniach i torbach. Złodzieje nie mieli go jak ukradkiem okraść. Musiałby być w takiej sytuacji chyba naprawdę roztargniony, by dać się oskubać.
Teoretycznie jego zamyślenie mogło na to pozwolić. Patrzył się w końcu głównie przed siebie i rzadko zerkał na targane ze sobą toboły. Jego myśli natomiast nieustannie krążyły wokół słów księgarza, więc spojrzenie miał raczej nieobecne. Nikt nie umie zapamiętać ich twarzy mimo tego, że ich nie ukrywają. Jak mogło im się udawać pozostać nierozpoznanymi bez masek czy kapturów? Czy chaos, który mogli wprowadzać sprawiał, że ludzie, choć ich obserwowali, widzieli zdarzenie, zapominali, bowiem obraz twarzy wypychała ogólna wizja zdarzenia? Nie działali cicho, tak mogło być. Ludzki umysł mniej przykładał wagi do szczegółów, jeśli wokół za dużo się działo. I mogło się wydawać, że się pamiętało, jak wyglądał sprawca, a tak naprawdę miało się pustkę w mózgu.
Cóż, na ten moment mógł tylko gdybać, nie widział zdarzenia, nie miał żadnych informacji, oprócz tych ogólnych. Robią raban i znikają. Nie mógł z tego wyciągnąć wielu wniosków. Ciekawiło go też, czy spotkany wcześniej mały złodziej był z tym powiązany. Brunet westchnął cicho. Musiał jak najszybciej dotrzeć do karczmy i spotkać się z Xavierem.
- Złodziej! - Niebieskooki zatrzymał się w pół kroku, a tuż przed jego nosem przemknął niski chłopaczek zaciskający dłonie na niedużym woreczku. - Łapać go!
Głos okazał się należeć do kupca, który chyba zbyt późno przybył do stolicy i musiał swoje stoisko rozłożyć w cieniu bocznej ulicy, nie na głównym trakcie, gdzie wszyscy się kręcili. Jego panika wskazywała jednak, że biznes się kręcił, złodziejaszek musiał dopaść ukradkiem sporą sumkę. Ignatius na początku zamrugał tępo, jednak kolejne wrzaski biegnącego w jego stronę mężczyzny obudziły go nagle.
Poderwał się do biegu ignorując niewygodę wywołaną trzymanymi bagażami. Książki, zapakowane wraz z dokumentami w lekki worek podróżny obijały się o jego plecy sprawiając, że momentami wyglądał jakby się miał wywrócić. Adrenalina wywołana pogonią pomogła mu jednak utrzymać równowagę. Mijał budynki zbliżając się do głównej ulicy, jego wzrok skupił się na powoli zbliżającej się do niego sylwetki niskiego chłopaka. Chwila. Czy to nie ten złodziejaszek z głównej ulicy, który wcześniej próbował capnąć torbę tamtej damy?
Kolejny wrzask, tym razem kobiecy sprawił, że Ignatius niemal się wywrócił, ale w porę wyhamował. Jak się w tym samym momencie okazało, dobrze zrobił zatrzymując się. Zakasłał, gdy tumany pyłu i śniegu wzniosły się w powietrze wskutek wybuchu, który nastąpił kilka metrów przed nim na chwilę spowijając okolicę w dziwnej "mgle". Siła wybuchu zachwiała nim, ale nie dała rady wywrócić i skutecznie ogłuszyła. Przez kilka minut nie słyszał nawet krzyków, które powinny brzmieć w jego uszach nader wyraźnie, ból przyćmił go do tego stopnia, że odruchowo je zasłonił dłońmi. Minęła dobra chwila zanim wszystkie dźwięki zaczęły do niego docierać, choć i tak nie było to prawidłowe słyszenie. Nie mógł się temu dziwić, znajdował się na tyle blisko źródła wybuchu, że uszy potrzebowały dłuższej chwili by się zregenerować
Zmrużył oczy chcąc wyostrzyć choć odrobinę wzrok. Ludzie rozbiegali się w popłochu. Ci którzy dali radę ustać na nogach uciekali do bocznych uliczek lub w głąb traktu głównego pociągając za sobą osoby stojące dalej, nieświadome tego, co miało tu miejsce. Pierwsza jego myśl wyglądała zapewne jak te, które krążyły w głowach tych ludzi. 
Uciec, schować się, tu nie jest bezpiecznie. 
Opamiętał się jednak w porę i zaczął przepychać się ku miejscu zdarzenia. Tam mogą znajdować się ranni, powiedział sobie w myślach. Kłęby pyłu szybko zaczęły opadać odsłaniając widok na wybite okna budynku stojącego na rogu, wywrócone stragany i leżących przy nich ludzi. Młody Teroise podbiegł do osoby, która leżała najbliżej, starowinki zaciskającej w dłoniach mały medalik z wizerunkiem Erishii. Zmarszczył nieco nos, gdy zdał sobie sprawę, że otaczające ich kłęby pachną czymś nietypowym.
- Nic pani nie jest? - zapytał szybko, kątem oka obserwując zbliżających się, zaalarmowanych nagłym hałasem strażników. Nie zwrócili oni jednak uwagi na podnoszących się z ziemi ludzi. Wzrokiem szukali czegoś innego. Sprawców.
Wybuchy bywają mylące, nigdy nie było rannych, zabrzmiał głos w głowie sekretarza, a ten zamarł. Nie zdążył zareagować, gdy ktoś wyszarpnął mu z dłoni jego bagaż, który odruchowo położył obok siebie chcąc w dobrej wierze pomóc starszej kobiecie. Zdążył tylko krzyknąć płosząc złodzieja, którym okazał się być dzieciak, za którym gonił jeszcze chwilę temu. Zwrócił tym też uwagę straży, ta podniosła alarm i ruszyła biegiem za zamachowcami.
Sam Ignatius rzucił się w pościg zaraz za nimi. Tylko nie dokumenty, jęknął w myślach. Nie mogą mi teraz z nimi uciec. Trzeba je odzyskać! Zostawił za sobą główną ulicę i powoli doganiał miastowych strażników. Zgadł, złodzieje wykorzystywali chaos, zgiełk i wywoływaną swoimi ruchami panikę. Nawet Teroise nie dał rady zapamiętać ich twarzy. Zaaferowany innymi rzeczami kompletnie zapomniał, że winni zdarzeniu byli na miejscu. Pojawili się oraz szybko zniknęli. Wszystko wyglądało jak doskonale wyćwiczone działanie, żadnych potknięć. A straż przez krótki czas ich działania miała małe szanse na dogonienie uciekinierów. I nie najgorzej się obłowili, każdy z nich trzymał w dłoniach niemałą ilość łupów. Jednocześnie zgarniali je roztropnie, sylwetki, które widział ze swojej pozycji, niosły tyle, ile pozwalało im przy tym szybko biec. Po drodze porzucali mniej ważne przedmioty, jakby wybierali sobie, co zasługuje na kradzież, a co nie. Naprawdę?
Brunet przyśpieszył zrównując się ze strażnikami, teraz skupił się na wyprzedzaniu ich. Wybiegli już z tłumu, łatwo teraz było przemierzać kolejne, mniej i bardziej kręte uliczki. Żołnierze nie mieli na sobie dużo ekwipunku, jednak lekkie zbroje i broń spowalniały ich na tyle by utrudnić pościg. Uniemożliwiało im to zbliżenie się do swobodnie ubranych kieszonkowców, których ruchy nie były w żaden sposób ograniczone. Sam niebieskooki też nie miał na sobie nic ciężkiego, jedną dłoń trzymał tylko na katanie, by przypadkiem jej nie zgubić.
Jeden ze strażników krzyknął ostrzegawczo, gdy dwóch rabusiów rzuciło w ich stronę małe woreczki. Uczynił to jednak na tyle późno, że nikt nie zdążył uskoczyć, zresztą ciężko to było zrobić poruszając się tak szybko na wszechobecnym, udeptanym śniegu. Niespodzianka rozbiła się na ziemi wzbijając w powietrze gryzący, zielonkawy dym, który otoczył strażników. Trucizna? Ignatius zmarszczył nos, gdy substancja wdarła się do jego dróg oddechowych, miał to szczęście, że spędził w chmurze mniej czasu niż gwardziści. Chrząknął tylko lekko podczas gdy mężczyźni zwolnili i rozkasłali się solidnie. Niektórzy z nich zaprzestali biegu i upadli na kolana, skupili się na głębokim oddychaniu, jakby chcieli szybko oczyścić płuca. Inni, delikatnie się chwiejąc, kontynuowali pościg.
Teroise oglądał się na nich co chwila, nawet on zaczynał zostawiać ich daleko w tyle. Co to było? Jakiś narkotyk? Nie dziwić się, że ta banda zawsze dawała radę uciec, jeśli w taki sposób otumaniała strażników. Zapewne była to jakaś mieszanka ziół. Tylko jakich konkretnie? Nawet pokasływanie nie pozwalało mu pozbyć się tego okropnego posmaku w ustach, to musiało być coś mocnego. Jeszcze wystarczyło kilka wdechów tego dymu, by momentalnie zacząć się słaniać na nogach. Czy mieli tego więcej? Jeśli tak, to musiał uważać. Nie mógł dopuścić by wykorzystali to również na nim, dalej nie do końca wyraźnie słyszał, brakowało mu jeszcze zamroczenia do pełni szczęścia. Ale nie mógł myśleć o tym w ten sposób. Jego obowiązkiem było ich złapać. Zabrali mu dokumenty, a on je odzyska.
Kiedy ostatni gwardzista odpadł z biegu niebieskooki przestał się odwracać, skręcił w kolejną uliczkę zwalniając odrobinę, by się nie poślizgnąć. Jak długo tak biegł? Na pewno ponad kilkanaście minut. Czy więcej? Był w stu procentach pewien, że trwało to dłuższą chwilę, bo mięśnie nóg zaczynały się powoli odzywać niewyraźnym bólem. Nawet analizujące, rozbiegane myśli przestały na chwilę zawracać mu głowę. Adrenalina, wywołana wybuchem, kradzieżą i pogonią, całkowicie je zagłuszyła. Jego oddech był urwany, czuł kłucie w gardle wywołane kontaktem z chłodem i drażniącym dymem.
Nie kojarzył już również okolicy. Znał jako tako centrum miasta i drogi przylegające do głównej ulicy. Reszta była mu całkowicie obca, nawet jeśli miał kilka razy okazję zerknąć na mapę. Działało to na jego niekorzyść. Był na nieznanym sobie terenie, ścigani natomiast znali go doskonale, widać to było po ich reakcjach. W ułamku sekundy zmieniali kierunek biegu. W sumie... Dlaczego przed nim uciekali? Jako grupa mieli większe szanse w starciu. W końcu straż została już daleko w tyle, otumaniona tą dziwną substancją, Iggy został sam, na dodatek lekko zdekoncentrowany. Choć nie zdążył wypełnić płuc zbyt wielką ilością tych oparów i tak odczuwał ich minimalny wpływ na organizm. Nieustannie miał wrażenie, że nogi zaczynają mu się plątać, a wzrok zamazywać. Mogli go łatwo obezwładnić.
A jednak tego nie zrobili, zawzięcie uciekali i odnosił wrażenie, że o czymś dyskutują. Docierało do niego, że wykrzykują coś między sobą, niektórzy trzymali jeszcze w dłoniach swoje tajemnicze woreczki. Ograniczony słuch nie pozwolił mu jednak wychwycić ich słów, wiedział tylko, że wskazują kogoś, najpewniej jego. 
- Teraz! - To słowo dotarło do niego szokująco wyraźnie, zdołał unieść głowę i zobaczyć, jak uciekinierzy wspinają się na jeden z budynków, a osobnik, który wdrapywał się najszybciej ciska w stronę chłopaka małym woreczkiem. Iggy odruchowo zasłonił usta z myślą, że znów próbują numeru użytego na strażnikach, jednak zamarł, gdy cienki materiał pękł w kontakcie z zimną ziemią i wypuścił w powietrze kłęby  niewinnego pyłu.
- Osłona? - stęknął machając ręką przed sobą. Nic nie widział, nawet promienie słońca ledwo przedzierały się przez tę sztuczną mgłę. Wskutek tego umknęła też jego uwadze druga "bomba", która rozbiła się na jego piersi. Jej obecność uświadomił sobie dopiero wtedy, gdy rozpoznał nieprzyjemny zapach, który zatrzymał również strażników. 
Na osłonięcie twarzy było już za późno, wiedział też, że jego ubrania nieodwracalnie nasiąkły tym smrodem. Przyśpieszony oddech sprawił, że narkotyk w ciągu kilku sekund wkradł się do jego płuc. Dziewiętnastolatek zakasłał i zachwiał się. Biorąc pod uwagę, jak szybko substancja opanowywała organizm człowieka i jak niewiele trzeba jej do tego było, nie mógł teraz wejść na dach. I jeszcze ubrania! Nawet jeśli wyjdzie z chmury, dalej będzie to wdychać! Zrobił krok do przodu chcąc wybadać, czy da radę dalej biec, wzrokiem próbował mimo ograniczonej widoczności namierzyć swój cel. Złodzieje przez chwilę go obserwowali, a widząc, że nie zamierza się poddać, ruszyli dalej, tym razem znajdując się kilka metrów nad ulicą.
Ignatius postanowił biec wzdłuż budynku, na którym znajdowali się teraz opryszkowie. Nie był teraz absolutnie pewien, czy przypadkiem nie zmienili kierunku. Mogli w każdej chwili ukryć się na górze, a on nieświadomie pobiegłby dalej. Musiał polegać tylko na czubkach ich głów, które co raz pojawiały się w zasięgu jego wzroku. O ile to na pewno były one. Co jeśli mu się wydawało?
W sumie nie do końca wiedział już co robi, z każdą minutą tracił poczucie czasu. Biegł, po prostu biegł. Nie wiedział jak długo oraz dokąd. Po prostu mknął przed siebie. To był odruch. Jednak biegł teraz znacznie wolniej, z każdą chwilą bardziej przypominało to zataczanie się pijaka, aniżeli pogoń. Czy miało to już jakikolwiek sens? Raczej nie miał już szans, na pewno po dobroci nie zejdą na dół. Nie! Nie mógł się poddać. Nawet jeśli zmęczenie i warunki robiły swoje. Xavier by go wyśmiał, jakby się dowiedział, że czarnowłosy dał się okraść. Mógłby przysiąc, że przez chwilę widział  oczami wyobraźni rozbawionego barda wytykającego go palcem. 
Jego wzrok zamazał się bardziej, gdy nagle skręcił w sąsiednią uliczkę, jeszcze węższą niż dotychczasowa. Gwałtowna zmiana kierunku sprawiła jednak, że wpadł w poślizg, ciężko było tego nie zrobić na tak oblodzonej drodze. W kolejnych sekundach czuł tylko, że podciął kogoś, na co wybełkotał ciche przeprosiny i wpadł na ścianę. Upadł na twardy, ubity śnieg i jęknął głośno. Chciał powiedzieć coś do osoby, na którą wpadł, przeprosić, wyjaśnić to spotkanie, jednak z jego ust wyrwał się tylko gwałtowny kaszel, a myśli, dotychczas zatrzymane, powędrowały za złodziejami, jakby nie zdawały sobie sprawy, że ich właściciel właśnie wypadł z pościgu i nie był zdolny do końca łączyć faktów.
Trzeba ich dogonić... Nie może, zawieść... mistrza. Nie do końca w to wierzył, ale żałował, że Xaviera tu nie ma. On odpadł, ale bard mógłby wówczas dalej ich gonić i odzyskać własność gildii... Spróbował się podnieść, jednak nogi uginały się pod nim nieustannie, musiał złapać oddech. Ale jeśli poświęci choć chwilę na odpoczynek już ich nie dopadnie...

Xavier? Nie lubię oddawać krótkich odpisów po takich długich odpowiedziach to masz xD

sobota, 11 sierpnia 2018

Od Xaviera cd. Yuuki

Można powiedzieć, że połączyło ich przeznaczenie. Nadzwyczaj wstawione i zdurniałe przeznaczenie, ale jednak na tyle żartowne, że nie tylko przecięło ich ścieżki, a i zaaranżowało miejsce przy konturze i zapewniło nadzwyczaj dobry alkohol. To właśnie od tamtego pamiętnego spotkania we Wspólnej Sali rozpoczęła się ich dość nietypowa koegzystencja, którą zapoczątkował po części alkohol, ale także fakt, że oboje z podobnym miłowaniem wyklinali świat, los i wszystko, co im w danej chwili się nie podobało. Ich spotkania zazwyczaj rozpoczynały się od wylewania żali, które wraz z opróżnianymi szklankami zamieniały się w zirytowanie warczenie, a następnie w szczekanie, które trzymało się ich, aż do tak zwanego stanu wysycenia, gdy alkoholu w ich żyłach było już tak dużo, że mózg przestał go przyswajać. Wtedy właśnie wszystko szło na nogi, które niosły ich w stronę najdurniejszych przygód, o których raczej się nie mówi nawet na spowiedzi.
— Dłuuugo jeeesz...
— Zamknij się.
Szli przez stary las otaczający Tirie, który jednak już dawno zatracił znajome dla Xaviera kształty i przekształcił się w mało przyjemny bór. Wiekowe drzewa pięły się wysoko ku niebu, aż w pewnym momencie zagiąć się na czubkach i pochylić w stronę ziemi, tak jakby natrafiły na niewidoczny sufit, który nie pozwala im dalej iść. W pewnych momentach wyglądały, jakby ich czubki miały się po prostu złamać i runąć na ściółkę, która w tym wypadku była grubym dywanem mozgi i turzyc. Niewiele docierało tu światła, przez co na roślinności utrzymywała się rosa, która po dłuższym brodzeniu przez chaszcze całkiem przemoczyła chłopakowi buty. Ogółem cały czuł się mokry, spocony i oblazły przez różnorakie robactwo, które niemiłosiernie kąsało go po dziwnych miejscach. Szedł jednak niezrażony, może najwyżej stęknął raz czy dwa, gdy potknął się na wykrocie, jednak wszelkie inne niegodziwości znosił dzielnie. Zwłaszcza że jakieś półtora metra przed nim żwawo kroczyła Yuuki dla której wysokie trawy nie stanowiły większego problemu. Sprawnie kluczyła między roślinnością, unikając zdradzieckich gałęzi, które próbowały uchwycić jej płaszcz. Wyglądała, jakby rzeczywiście miała pojęcie, dokąd zmierza i całkiem nie zatraciła orientacji, jak chłopak te kilkanaście metrów wcześniej.
— Dużo masz tych schowków? — zagaił Xavier, z plaskiem uderzając się w twarz, oczywiście nie trafiając w tego natarczywego komara, który latał mu nad łbem od kilku minut.
— Kilka, porozrzucanych to tu, to tam.
— Mówisz, że w wolnych chwilach latasz po lesie i chowasz po dziuplach alkohol? A tak poza tym to w rodzinnie wszystko dobrze?
— Czasem jeszcze podpalam wioski, ale to tak bardziej od święta.
— Ale po co?
— Żeby tacy jak ty głupio się pytali. Jak nie chcesz skorzystać z mojego dobrodziejstwa, to, na jaką cholerę za mną leziesz.
Obróciła się, żeby oskarżycielsko wytknąć go palcem i skopać piorunującym spojrzeniem. Chłopak, aż przystanął, odruchowo unosząc ręce do góry, co nie było za dobrym pomysłem, gdyż wszelakie robactwo wyczuło żywe, nieporuszające się mięso i rzuciło się na niego.
— Dobra, dobra...
Echo niosło głuchy dźwięk, gdy chłopak raz po raz, walił się po osłoniętych częściach ciała.
— Już nie stękaj, zaraz będziemy.


Yuuuki? 
Pora założyć nam niebieską kartę ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Od Xaviera cd. Philomeli

Chłopak stal jeszcze tak przez chwilę z dość tępawym wyrazem twarzy, który raczej nie zdradzał obecności jakieś mądrzejszej myśli. Spoglądał na swoje dłonie, w których miętosił powierzoną mu bibułkę, od czasu do czasu przerzucając ją z ręki do ręki. Oczywiście robiąc, to w taki sposób, żeby papierek nie rzucał się zbytnio w oczy osób postronnych, ale raczej zaliczało się to do zbytecznej ostrożności. Dla nich bard mógł po prostu bawić się dłońmi, ale i tak istniała naprawdę niewielka szansa, żeby ktokolwiek nawet na niego spojrzał, a co dopiero wnikał w to, co tam robił. Miejsca, jak to miał to do siebie, że przyciągały o wiele barwniejszy postacie, niż taki Delaney, który może na ulicy się wyróżniał, tak tu całkiem nikł, przygaszony przez bardziej indywidualne postacie. A jeśli już mowa o takich ludziach, to właśnie jeden ze wspomnianych charakterów siedział nieopodal, po drugiej stronie baru. Volter, jak mu zostało przybliżone przez Philomelie lekko chwiał się na stołku w rytm opowiadanej przez niego historii. Bard śledził go wzrokiem już od jakiegoś czasu i przysiągłby, że przez ten cały czas jadaczka nie zamknęła mu się nawet na chwilę. Wodził coś zawzięcie ku zainteresowaniu stadka młódek, które obsiadły go, jak szpaki młodą wiśnię. Xavier nawet nie musiał słyszeć, o czym tamten tak rozprawia, gdyż już po samej obserwacji był przekonany, że większość treści kręciła się wokół jego osoby i możliwych dokonań. Najprawdopodobniej dość niesamowitych, biorąc pod uwagę zachowanie atencjuszek, które na zmianę, albo wzdychały, albo emfatycznie chichotały.
Przyglądając się tej grupce, a zwłaszcza jegomościowi w centrum, zaczął się zastanawiać nad jego powiązaniami ze sylfą. I w sumie nie tylko nad jego, ale wszystkich, których imiona padły tego wieczoru. Zdawał sobie sprawę, że dziewczyna miała swoje własne tajemnice, które najprawdopodobniej nigdy nie zostanie mu dane poznać, ale wcześniej jakoś wcale nie odczuwał większej potrzeby, aby to w jakikolwiek sposób brnąć. Każdy ma coś do ukrycia, sam chowa kilka trupów szafie, których raczej wolał nie pokazywać światu. Jednak, gdy już doświadczył coś, co w pewnym sensie związane było z jej życiem poza Gildią, poczuł się zaintrygowany. A im dłużej patrzył na tego mężczyznę i bibułę w ręce, tym bardziej jego ciekawość rosła.
Jednym głębszym przychyleniem wypił pozostałość alkoholu, która jakimś dziwnym trafem uchowała się na dnie szklanki. Przeciągnął jeszcze palcem po wnętrzu naczynia, tak aby żadna kropla nie zaciekała na szkle, po czym nachylił się w stronę oberżysty. Szepnął mu coś na ucho, nie zapominając o magicznych słowie i już za chwilę miał przed sobą jeszcze jedną szklankę i to dość czystą. A następnie ruszył w stronę zbiegowiska. 
— Czyż mnie oczy nie mylą, ale nie jest to przypadkiem pan Volter?
Powiedział to dość głośno, może nie na tyle, żeby przekrzyczeć rozgadanego mężczyznę, ale wystarczająco, aby zwrócić uwagę jego towarzyszek. Popatrzyły na niego podejrzliwie, w ciągu chwili oceniając go pod każdym aspektem, niezbyt dbając o dyskrecję. Białowłosy jednak starał się na to nie zwracać uwagi, tylko w pełni skupić się na facecie, który krótko po tym, jak zorientował się, że stracił zainteresowanie widowni, także się odwrócił.
— Och, oczywiście, że to pan. Nie mogłem się pomylić.
Volter może już zbierał flegmę, aby opluć go jakąś bystrą myślą jako odwet za znieważenie jego spokoju, jednak chłopak okazał się szybszy. Z szerokim uśmiechem władował się w sam środek kółka adoracji, nie przejmując się zbytnio ochami i achami zgromadzonych pań czy oskarżycielskim spojrzeniem mężczyzny. Za to położył karafkę wraz ze szklankami tuż przed jego nosem.
— Jestem pana w pewnym rodzaju fanem. Słyszałem o wielu pańskich dokonaniach i jestem pod niesamowitym wrażeniem...
Chłopak widział, jak sroga mina Voltera powoli łagodniała, wraz z płynem wypełniającym przygotowane dla niego naczynie. Nic tak nie poprawia kontaktów, jak postawienie kolejki, a najlepiej w postaci całej butelki. Xavier po obsłużeniu faceta, także sobie nalał i porwał stojący nieopodal stołek, aby móc siąść nieco bliżej.
— Acha — odparł Volter, biorąc napitek. Przez chwilę przyglądał się płynowi, nawet go powąchał, jakby obawiając się pochodzenia i ukrytych zamiarów — A które z tych moich dokonań zrobiło największe wrażenie?
Szczerze mówiąc, białowłosy nie miał pojęcia, co robił. Poszedł na tak zwany żywioł, nie mając większego pomysłu, jak może to w inny sposób rozwiązać. Phil mówiła o tym człowieku, jako ryzykancie, jednak bard miał duże wątpliwości, żeby nawet taka persona chciała pchać się w zadania zlecone przez lekko wstawionego śpiewaka, nawet jeśli ten był uzbrojony w tajemniczą bibułkę.
— To na moście w...
— W Stegen?
— Och tak!
Mężczyzna zaśmiał się głośno, w końcu decydując się upić nieco alkoholu. Wpierw tylko zamoczył usta, jednak gdy poczuł, że Xavier nie częstuje go żądnymi szczynami, pociągnął resztę. Białowłosy od razu chwycił za butelkę, aby mu dolać, próbując przy tym utrzymać pogodny wyraz twarzy. Cel uświęca środki, ale stawianie alkoholu całkiem obcemu człowiekowi niezbyt mu się uśmiechało.
— Mało kto docenia tamtą akcję, ale osobiście należy do moich ulubionych. Oczywiście nie mogę mówić o szczegółach, ale sprawy potoczyły się tak, że tamtego wieczoru...
Nie. Chłopaka nie interesowało to w żaden nawet najmniejszy sposób, jednak był wdzięczny losowi, że ten jego mało przemyślany pomysł zaczął jakoś działać. Udało mu się do niego dostrzec, co już same w sobie było osiągnięciem, biorąc pod uwagę, jakim zainteresowaniem się cieszył. Niestety pomimo połowiczego sukcesu problemem nadal pozostawał fakt, jak przekazać mu wiadomość. Niby mógł mu po prostu to dać, ale takie bezpośrednie przedstawienie sytuacji mogło nie być korzystne. Nie chciał także wprowadzać go w szczegóły w taki miejscu, bo po pierwsze ściany mają uszy, a po drugie chłopak czuł na karku oddech paru ciekawskich kobiet. Musiał wymyślić coś innego i to stosunkowo szybko, zanim ten zacznie go traktować, jako konfesjonał lub – co gorsza – następną trzpiotkę do kolekcji.— ... Szczęśliwie skończyło się tylko na paru bliznach, ale było blisko.
— Niesamowite — odburknął chłopak w akompaniamencie kobiet, które chyba nauczyły się wzdychać mechanicznie.
— Dziękuję, ale na razie koniec o mnie. Mnie pan widocznie zna, jednak ja nie miałem takiej przyjemności.
— Xavier — chłopak ukłonił się lekko — Jestem podróżnym bardem.
Ostatnia informacja wywołała poruszenie wśród wianuszka, sam mężczyzna uśmiechnął się lekko.
— Bard? W takim miejscu?
— No cóż, artysta w poszukiwaniu inspiracji potrafi zapuścić się w najdziwniejsze miejsca. Akurat wyboru tego nie żałuje.
— Czyżbyś natrafił na coś ciekawego?
Chłopak odpowiedział mu uśmiechem, przy okazji nalał mu kolejną szklankę. Chciał już wołać barmana, żeby przyniósł kolejną, ale Volter go uprzedził i sam machnął na oberżystę.
— Każda powieść potrzebuje kanwy, na której będzie się opierać.
— Nie wiem, czy bardzie zawodzenie jest warte moich historii.
Mężczyzna zaśmiał się głośno, a trzpiotki mu zawtórowały. Nie ukrywając, chłopaka nieco to rozdrażniło, jednak po zaciśnięciu zębów udało mu się uspokoić. Delikatnie rozejrzał się na bok, szukając wzrokiem Philomeli, która niestety była gdzieś poza jego zasięgiem.
— Nie zamierzałem ich wykorzystywać bez odpowiedniej zapłaty — białowłosy odpowiedział spokojnie i lekko podźwignął się na ladzie, aby zawołać karczmarza. I nie, tym razem nie w sprawie alkoholu.
— Co? Zamierzasz mi zapłacić?
— My, uliczni artyści, niestety jesteśmy skazani na wieczną nędzę, jednak ja znam inne sposoby na uregulowanie długu. Grywasz może w karty?

***

— A jak wygram, to oddasz mi to futerko. — czknął, paluchem wskazując na płaszcz Delaneya. Na okrycie, które było robione specjalnie dla niego, pod jego potrzeby i wymagania, jeszcze za czasów żywota w stolicy Defros. Chłopak po prostu nie mógł się powstrzymać przez nie zrobieniem krzywego grymasu, które wywołało śmiech u Voltera.
Po tym, jak w ich dłonie wpadły karty pożyczone od karczmarza, cała zabawa przeniosła się do lonż przy oknach. Mężczyzna siedział po jednej stronie, bard po drugiej, a pomiędzy nimi na stole leżały rozegrane karty i mnóstwo złotych monet, ale także bransolet i wisiorów Xaviera, które na jego nieszczęście, niestety nie znajdowały się po jego stronie. Volter rozsiadł się na ławie, już nieco wstawiony, ale za to z szampańskim humorem podbudowany dumą z faktu, że chłopaka tam po prostu, kolokwialnie mówiąc, gromił. Białowłosy zaś siedział z nogami podkulonymi pod brodą i z grymasem, który tak naprawdę był trudny do zinterpretowania. Bez słowa przyglądał się swoim kartom, próbując nie zwracać uwagi na komentarze mężczyzny.
— I na co ci to było? Nie dość, że wyjdziesz stąd obrobiony, to i bez pomysłu na balladę. Chyba że zechcesz mnie opiewać, jako niesamowitego pokerzystę, to wtedy może nawet odstąpię ci ten zaszczyt za darmo.
Xavier zaśmiał się kurtuazyjnie, ze spokojem przyjmując kolejną porażkę. I to nie wcale tak, że z chłopaka uszły wszelkie emocje, tudzież zdrowy rozsądek utopił w alkoholu, bo pić przestał parę gier wcześniej, a wydarzenia szły, jak najbardziej po jego myśli. Nie porwałby się do kart, nie wiedząc, jak się z nimi posługiwać, a Kruki z Defros nauczyły go korzystać z nich w całkiem inny sposób. To nie jest zwykła karczemna zabawa, a taktyczna rozgrywka, która poprowadzona w odpowiednim kierunku może poskutkować całkiem zaskakującymi rezultatami. Tak, chłopak po prostu pozwalał mu wygrać. Może na początku rzeczywiście nie poszła mu jedna czy tam dwie gry, ale z każdym kolejną Xavier zaczął się uczyć zapamiętywać. Obserwował ruchy mężczyzny i skrupulatnie je notował w umyśle, powoli orientując się w zachowaniach, upodobaniach i mimice Voltera. Oczywiście w tym wszystkim asystowała mu odrobina magii, bez której chłopak nie miał nawet co podchodzić do rozgrywki, bo jeśli chodzi o uczciwą grę, chłopak jest wybitnie średni. Także ważną rolę odegrała tu ignorancja Voltera i fakt, że całkiem nie docenił barda, który oddając grę za grą, tylko utwardzał go w tej opinii. A także powoli usypiał jego czułość.
— Tak, jak mówiłem, nie żałuje, że tutaj trafiłem.
Uśmiechnął się delikatnie, prostując plecy. Przeleciał wzrokiem po sali, zastanawiając się, jak Philomelia poradziła sobie ze swoją częścią zadania. Miał głęboką nadzieję, że jego zabawy nie trwają zbyt długo, bo naprawdę starał się to wszystko przyśpieszać.
— Słuszne podejście, nieco głupie, ale słuszne. Nie powinno się żałować swoich decyzji.
Odparł Volter, jakże mądrze i nie zwlekając dłużej, położył swoje karty na stole, a tuż za nim postąpił tak samo Delnaey. I wszyscy zgromadzeni mogli zobaczyć, jak jego szeroki uśmieszek drastycznie się zwęża, aby zostać zastąpiony przez jakiś zdegustowany grymas. Grymas, który jak przylgnął do jego twarz, tak utrzymywał się przez następne rozegranie. I jeszcze jedno. I kolejne, aż do momentu, w którym cała biżuteria wróciła do Xaviera.
— Trochę mnie czas goni, więc to będzie ostatnie. Mam nadzieje, że po tym wyświadczysz mi przysługę.
I tak karty po raz ostatni poszły w ruch. Potasowane przez barda wylądowały w rękach obu, jednak nie doczekały się rozegrania. Białowłosy ledwo przelotnie spojrzał na otrzymane karty, po czym położył je na stole, wstał i ruszył w stronę drzwi. Volter jednak zdawał się nie zauważyć poczynań chłopaka. Z pełnym skupieniem wpatrywał się w swoje karty, aby po chwili porwać schowaną między nimi bibułkę i pobiec tuż za chłopakiem.


Philomelia?
Nie poszło mi to tak do końca, jak powinno, ale mam nadzieje, że do końca nie rozczarowałam. ;w;

piątek, 10 sierpnia 2018

Od Ignatiusa cd. Philomeli

Chłopak ziewnął przeciągle zerkając po raz kolejny do otwartej książki. Obok niej leżał mały arkusz papieru, na którym spisywał poszczególne znaczki, choć odnosił wrażenie, że i one do niczego mu się nie przydadzą. Zawarte na zwoju z tuby wzorki różniły się od tych w opasłym tomie drobnymi szczegółami, Ignatius nie był przez to kompletnie pewien, czy nie spisuje ich na darmo. Czy to tylko kwestia różnicy pisma? Czy to zupełnie inny znak? Może tylko mu się wydaje, mieni przed oczami, a one tak naprawdę są takie same? A jeśli autor celowo powprowadzał zmiany, lub wymieszał alfabety, by trudniej było to odszyfrować? Tyle możliwości, trzeba było zgadywać, która mała teoria była tą prawidłową. Równie dobrze wszystkie jego założenia mogły być błędne, a kartka mogła się okazać prostą listą zakupów. W tym momencie wszystko było możliwe.
Poirytowany po raz setny przeczesał dłonią rozczochrane, ale suche już włosy i rozciągnął drętwiejące znów ramiona. Z każdą kolejną minutą był coraz bardziej pewny, że jednak potrzebuje wszystkich ksiąg z zapomnianymi alfabetami, jakie tylko znajdzie w bibliotece. Lepiej i szybciej byłoby przeszukiwać kilka na raz, zamiast pojedynczo. Nie musiałby wtedy z każdej z osobna spisywać potencjalnych prawidłowych znaków, a potem ponownie przeglądać wszystkie jednocześnie i porównywać.
Wstał więc szybko od biurka, wpadł na chwilę do sypialni, by opanować swoją czuprynę, i ruszył do biblioteki. Po cichu zszedł na dół i skierował się ku drewnianym drzwiom oddzielającym go od wielu opasłych tomów ustawionych rzędami na półkach. Czego najpierw powinien poszukać? Może zerknie najpierw na książki ogólnie traktujące o Wyspach Fliss. Czy lepiej będzie od razu dopaść wszystko, co opisywało alfabety i znaki używane do szyfrowania? Jego dłoń zatrzymała się na klamce a myśli stanęły w miejscu, gdy wyłapał rozmowy dobiegające z holu i trzask zamykanych drzwi na zewnątrz.
Obiad, jęknął chłopak w myślach ledwo powstrzymując się od złapania za głowę. Irina go dopadnie, jak nic. Już wcześniej mu zapowiedziała, że zacznie go ostrzej pilnować, jeśli idzie o jego unikanie posiłków. Stęknął cicho i przygryzł wargę. Szukanie odpowiedzi musi poczekać, pomyślał zawiedziony, czym prędzej zmierzając do jadalni. Nie powstrzymało go to jednak przed odnalezieniem w myślach kilku potrzebnych mu do "badań" tytułów.
W ciszy wmaszerował do pomieszczenia, gdzie natychmiast przejęła go, na szczęście, nie Irina, a podekscytowana Philomela. Wydawało się, że wręcz czekała tu tylko na niego, bowiem talerz, przy którym siedziała był już pusty. Ignatius spojrzał na nią pytająco, jak się okazało, niepotrzebnie, kobieta w tym samym momencie zaczęła mi wszystko wyjaśniać.
- Wiem, że miałeś odpoczywać, ale rzecz w tym, że znalazłam na dachu coś takiego, to znaczy właściwie to szukałam... no nie tego, bo nie wiedziałam czego szukam, ale skoro jest list musi być coś jeszcze. Tak jak z sokołami, jest list - jest sokół, więc skoro jest jakaś wiadomość musi być coś jeszcze - Uśmiechnął się i nieco odchylił do tyłu, gdy sylfa po raz kolejny dzisiaj zaczęła mu nadmiernie gestykulować włączając w swoje ruchy przedmiot, o którym mu opowiadała. - Zresztą siadaj, a ja ci wszystko opowiem. Otóż to przede wszystkim jest coś dziwnego. Reszta dachówek jest normalna. Ta jedna wygląda jakby była z metalu, ale jest trochę za gładka i... a niech mnie kule biją... zmienia kolor, widziałeś coś takiego?
Chłopak zamrugał kilkakrotnie nie do końca wierząc w to co widzi. Faktycznie, dostrzegał zmianę barwy na tajemniczej "dachówce", tuba i tekst, który był w niej ukryty, zaczęły go przez to interesować jeszcze bardziej. Jak coś takiego znalazło się na skromnym terenie gildii? Kto to tu zostawił i w jakim celu? Niebieskooki już chciał się odezwać oraz wziąć przedmiot od sokoliniczki, jednak powstrzymało go od tego surowe spojrzenie, które skupiło się na jego twarzy.
- Mogłabyś chwilę poczekać? - spytał błagalnie, a gdy Phil skinęła głową zbliżył się do Iriny. - Jestem, nie zabunkrowałem się u siebie... - Zaczął się odruchowo bronić czując na sobie karcące spojrzenie kobiety. Ta jednak westchnęła tylko i machnęła ręką.
- Już miałam kogoś po ciebie posyłać - powiedziała kładąc nacisk na końcówkę swojej wypowiedzi. - Wszyscy powtarzają, że nie dokarmiam spóźnialskich, jednak wiem, że na ciebie taka groźba nie zadziała. Po prostu masz się tu pojawiać albo osobiście będę cię wyciągać z pokoju.
- Tak! Zrozumiałem! Dziękuję... - Młody Teroise zaczerwienił się i szybciutko uciekł ze swoim talerzem do stolika, przy którym czekała Philomela.
Przez chwilę się nie odzywali, sekretarz skupił się na zjedzeniu choć części swojego posiłku. Kiedy jednak przestał czuć na sobie co raz wzrok starszej kobiety, jego uwaga znów skupiła się na znalezisku rozmówczyni.
- Skąd to się mogło tu wziąć? - zapytał cicho i przerywając na chwilę jedzenie. - Rzadko się zdarza, żeby Erlańczycy opuszczali wyspy i udawali się w głąb kontynentu. Chyba zdarzyło się to raptem pięć razy i to bardzo dawno temu. Zbyt dawno, by coś takiego wytrwało do dzisiaj. 
- Widać ukrywają jeszcze więcej niż by się nam wydawało. O ile to na pewno oni to stworzyli. - wypaliła szybko Philomela opierając policzek o nadgarstek. 
- Też racja... - westchnął chłopak po raz kolejny zerkając na wyryty na metalu znak.
Nawet data nosiła na sobie dziwne wywijasy, jakby całe pismo się nimi charakteryzowało, wliczając w to cyfry. Wyglądały przez to co najmniej dziwnie, ale także stawały się nieco bardziej rozpoznawalne. Jaki byłby sens używania charakterystycznego pisma do ukrycia czegoś? Żaden, każda osoba kojarząca alfabet bez trudu by to odszyfrowała. Chyba że te kreski powstały celowo, by imitowac te znaki i mylić nieproszonego czytelnika. Autor mógł usiłować w ten sposób ukryć prawdę. Ale po co ją w takim razie spisywać?
Ignatius wziął kolejny kęs swojego posiłku, jego wzrok padł tym razem na herb. Niektóre z zawartych na nich symboli dziwnie odpowiadały znakom niżej, jednak bardziej przypominały litery niż cyfry. Miały na sobie więcej kresek. O ile część z nich nie była tylko rysami powstałymi przez pogodę i niszczenie się metalu.
- Cóż, na razie nie pozostaje nam chyba nic innego, jak sprawdzać każdą księgę, w której pojawi się choćby wzmianka o takim symbolu lub znakach - oznajmił nieco zawiedziony i ziewnął przeciągle. Zjedzenie czegoś ciepłego jeszcze bardziej go znużyło - Nie chcę zajmować ci czasu, ale chciałabyś ze mną poszukać jakiś informacji w bibliotece?

Philomela?

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Od Newt'a cd. Shinaru

By znaleźć się w bibliotece, należało wpierw wejść do Sali Wspólnej, którą nazywano też Salą Spotkań. Znajdowało się w niej parę osób, nieliczna grupka składająca się z jakiś czterech osób - wszyscy w końcu byli na śniadaniu. Sala ta przypominała świetlicę: ławki, krzesła i szafki. Po chwili przeszliśmy przez kolejne drzwi, za którymi kryła się biblioteka. Zapach starych ksiąg dał się we znaki, ruszyłem za Shinaru, który kierował się w stronę regałów. Gdy mówił, przyglądałem się ułożonym alfabetycznie księgom.
- Nie zbyt lubię czytać - odpowiedziałem po chwili milczenia. Wyciągnąłem z zestawu szarawą książkę, na której widniał wizerunek białego konia. Koński Świat przeczytałem w myślach tytuł i odwróciłem ją, by przeczytać fabułę. Szybko jednak z tego zrezygnowałem, gdy wyczytałem w pierwszym zdaniu, że to encyklopedia. - Nie ma dla mnie wielu ciekawych książek - stwierdziłem, odkładając egzemplarz na półkę.
- Jest tu masa książek, na pewno znajdziesz chociaż jedna - stwierdził Shinaru. Chwilę jeszcze pokręciliśmy się po bibliotece, dowiedziałem się, że stanowisko bibliotekarza było wolne, dlatego nie było komu uciszać innych, chociaż to zadanie obecnie nie jest potrzebne. Sam osobiście sądzę, chociaż nie zaglądam często do takich miejsc, że ludzie potrafią się zachować i wiedzą, kiedy mogą krzyczeć, a kiedy milczeć. Wyszliśmy z pomieszczenia i skierowaliśmy się na schody.
Na pierwszym pierwsze znajdowała się lecznica. Spotkałem tam dwoje ludzi; Vados była aniołem o niebieskiej karnacji, co mnie trochę bawiło. Ogółem wyglądała ona sztucznie: nie w złym znaczeniu. Chodzi mi to, że wyglądała, jakby ktoś namalował idealnie piękną kobietę; zgrabny nosek, delikatne rysy... tylko ta obręcz nad jej ramionami i kolor skóry wydawał się podejrzany. Drugą osobą, o której Shinaru już wcześniej mi opowiedział, był satyr Ravi. Pierwszy raz w życiu widziałem takiego osobnika, nawet moja Kim wisząca na moim ramieniu, z uwagą i ciekawością przyglądała się mężczyźnie. Na piętrze znajdowały się także laboratoria, chwilowo bez żadnych alchemików i wynalazców, mimo wszystko zajrzeliśmy tam na kilka sekund.
- Tak wygląda pierwsze piętro. Jak już wcześniej mówiłem, drugie należy do dowództwa - powiedział blondyn.
- Byłem tam już, chodźmy gdzie indziej - powiedziałem. Lisek zeskoczył z mojego ramienia i się rozciągnął. - Może chodźmy na dwór - zaproponowałem wiedząc, że zwierzak ma dość ścian i schodów i ma ochotę polatać po podwórku: w końcu to nadal dzikie stworzenie. Gdybym rozkazał mu siedzieć ciągle w pokoju, to tak, jakbym go skazał na śmierć. Dalej nie rozumiem, dlaczego był tak odważny i zbliżał się aż pod same drzwi w Defros, koniec końców idąc razem ze mną. Czasem snułem wytłumaczenia, pierwszy był na temat wścieklizny, ale na szczęście rudzielec nie miał żadnych objawów. Innymi pomysłami było to, że to lis domowy, a jego właściciel zmarł lub zwierzę się zgubiło. Albo ktoś miał własną lisią hodowlę i zwierzak uciekł, albo wszystko było nielegalne i kiedy zabierali wszystkie egzemplarze, ten maluch uciekł.
Myśli jest wiele.
Tak jak zaproponowałem, tak zrobiliśmy. Wyszliśmy z budynku, Shinaru opowiedział mi, że pokoje możemy ozdabiać, jak chcemy, co bardzo mi się spodobało. Nie wyobrażałem sobie, by mieszkać w zwykłych czterech szarych ścianach całe życie; chociaż nie myślałem też, by zostać tu na zawsze. Gdyby jednak to mi się przytrafiło, na pewno nie pomagałbym w ratowaniu świata, opierając się na lasce, kiedy mój własny brzuch ciągnął mnie ku ziemi. Gdy podzieliłem się tą informacją z chłopakiem, ten wybuchnął śmiechem.
- Zobaczysz, ty też na starość przytyjesz i twój własny bebech będzie cię ciągnąć na dół, aż będziesz chodził na czworaka - dokończyłem z uśmiechem.
Wyszliśmy na zewnątrz do ogrodu, który był piękny, zadbany i mógłbym tutaj przesiadywać godziny, po prostu wylegując się na słońcu lub leżąc pod cieniem, gdyby nie fakt, że miejsce to należało także do zielarzy, którzy hodowali tu różne rośliny, przez co mój spokój byłby zagłuszany; po prostu ich samą obecnością. W stajni mój spokój był niszczony tylko przez drugiego stajennego, ale Theo był dzieckiem, na dodatek nadzwyczaj spokojnym (i chyba był niemową, jeszcze nigdy nie słyszałem, by cokolwiek powiedział), dlatego jego obecność mogłem zignorować. Żaden z nas nie wchodził sobie w drogę, ponieważ na razie nie było takiej potrzeby.
Szliśmy dalej, aż nie natrafiliśmy na duży zielony teren, na którym znajdowała się moja stajnia.
- Teraz masz do wyboru izbę sokolników, warsztat kowalki, plac treningowy oraz sad - powiedział. Przez chwilę milczałem, mój pupil zniknął gdzieś w ogrodzie, a Nue położyło się przy drzewie. Widząc, jak ignoruje cały świat i ma wszystkich gdzieś, zaproponowałem odpoczynek.
- Usiądźmy gdzieś w ogrodzie. Opowiesz mi o kowalu, sokolnikach, sadownikach i innych członkach Gildii - powiedziałem, szukając wzrokiem wolnego miejsca, najlepiej skrytego pod cieniem.

<Shinaru?>