wtorek, 12 listopada 2019

Najgoręcej dziękuję Śmierci - jest jedyną pewną w moim życiu.


Sklep u
Hemlocka Crane'a
Reklamacji nie przyjmujemy!
Wypluty na brudną pościel 29 października, 1758r.
Od młodego na granicy prawa tiedalskiego.
Rodzina nieznana, leży kilka metrów pod ziemią.
Jadownik
— Z jakiegoż to powodu pan oficer tak krzywo na mnie zerka? Posiadam zaświadczenie, proszę uprzejmie. Jeśli moja działalność niezgodna jest z ustanowionym prawem - niech mnie zakują w kajdany! Ale na moją duszę zaklinam pana, niech pan nie wierzy w czcze plotki.
Na wiecznie śmierdzącej stęchlizną, wąskiej uliczce, gdzie poza biedakami przechadzały się chmury dymu wypalanego tytoniu i innego świństwa, które miały go zastąpić, stało małe lokum. Dokładnie na końcu, tuż przy wysokim, wilgotnym murze, z którego dzień i noc kapała woda, a w jego przerwy wciskały się chuderlawe szczury. Sam sklepik pasował do wytyczonego przez miejsce depresyjnego nastroju.
Pewien pochylony jegomość w podartym ubraniu zerknął przez mało przejrzystą szybę, pokrytą zielonkawym osadem na wystawę. Leżały na niej rzeczy przeróżne: od lamp stojących, przez młynki do kawy, do misternie wykonanych, porcelanowych lalek. Rzeczy eleganckie, jednak rzeczy drogie, przez co pokryte grubą warstwą kurzu. Lecz spokojnie, interes kręcił się jak nigdy. Ta szopka, bardzo oczywista zresztą, była jedynie dla władz.
— Do diabła z twoim zaświadczeniem! Wszyscy wiedzą w co pogrywasz!
— Jest pan wzburzony. Może pan wejdzie, a ja podam trunku na uspokojenie?
— Bezczelny!
Drzwi skrzypnęły, gdy mężczyzna je uchylił, nieśmiało zerknąwszy do środka.
— Nalegam, by jednak zamknąć. Wiatr hula — znad papierów odezwał się siedzący przy biurku właściciel. Nie widywano go często poza progiem tego pomieszczenia, a nie można go było przegapić w tłumie. Kościsty osobnik, a jak wychudły tak długi. Skóra koloru trupa, strasznie blada i szara, w niektórych miejscach nawet żółtawo-zielonkawa. Nosił się w drogich, ale widzących już lepsze czasy ubraniach. Miał pieniądze, po prostu nie chciał ich wydawać.
— Czego potrzeba? — zapytał, nie podnosząc oczu na klienta.
— Gorącego popiołu… Mam pieniądze! — wydukał, wyciągnąwszy z kieszeni brzęczącą sakiewkę. Trup wyprostował się na krześle, wbijając badawczy wzrok w przybyłego. Ten skulił się pod jego spojrzeniem.
— Z jakiej okazji? — Wstał od biurka, mozolnie, ale niezwykle lekko podchodząc do wielkiej komody i wyciągając pęk kluczy z kieszeni.
— Z takiej, że już nie wytrzymuję! — Mężczyzna wyznał to w taki sposób, jakby wielki głaz ciążący na jego piersi nagle spadł na podłogę i roztrzaskał się na małe kawałki.
— Z żoną, dziećmi, przyjaciółmi?
— Ze sobą!
— Ach, to problem zupełnie innego kroju… Trumna opłacona czy z pożyczki? — zagaił.
— N-nie będzie trumny…
Pofrunął leniwie na drugi koniec pokoju, wciskając osobliwie wyglądający klucz do dziurki małej szufladki. Wziąwszy dwie buteleczki z kolorowymi cieczami, zamknął z powrotem mebel.
— Proszę zawartość zmieszać, dodać do herbaty czy gorącej wody, byle z cukrem — poinstruował, zabierając od jegomoście zapłatę, a wciskając produkt.
— Do widzenia — bąknął klient, prędko zmierzając do drzwi.
— Wątpię, że się zobaczymy. Moje wyroby są niezawodne.
— Niech pan wybaczy, ale obawiam się, że nie rozumiem.

"— Czego potrzeba, szanowny panie?
— Popiołu, gorącego popiołu!"
Ojcze, jedyne, czego żałuję,
to, że nie byłem to ja.
Nie ja, co pięść ci mocno zaciskał i unosił nad głowę.
Nie ja, co rzucał ją na bezbronną matkę, skuloną gdzieś w kącie.
Nie ja, a ty.
Alem ja na to wszystko patrzył.
Na krew co sączyła się potem z jej głowy i ciekła na podłogę, zostawiając po sobie bordowy ślad, jak okruchy chleba rzucane przez dzieci w lesie.
Na brudną i mokrą szmatę w jej dłoni, którą wycierała drewno, by nie został żaden dowód uczynionej jej krzywdy, jak te ptactwo, co wyżerało pieczywo z ziemi.
I ja żem to wszystko słyszał.
Jej zawodzenie po nocy, gdy płakała w poduszkę.
Twoje chrapanie u jej boku.
Widział i słyszał, sam wcisnięty pod stół, zapomniany przez wszystkich, drżący ze strachu.
Nawet wtedy się nie modliłem.
Żałuję, że to nie byłem ja.
Nie ja, co pewnego wczesnego ranka, gdy słońce jeszcze w pełni nie wstało, a półmrok ogarniał to biedne mieszkanko, zakradł się do twojego łóżka.
Nie ja, co podniósł w górę wiadro zgarniętego z kominka, jeszcze gorącego popiołu i zatrzymał je nad twoim łbem.
Nie ja, a matka.
Ale jam na to wszystko patrzył.
Na szarą, spienioną falę, co zalewa ci głowę i odcina dostęp powietrza, co wlewa ci się do płuc i dusi.
Na twoje ręce, co na obłęd szukając, znajdują szyję matki i zaciskają się wokół jej szyi, chcąc zabrać ją ze sobą w tę piekielną otchłań, w którą już cię ciągnięto.
I jam żem to wszystko słyszał.
Szczęk upadającego wiadra na deski, wypuszczonego z przerażonych, drżących rąk.
I ciszę.
Ciszę zaraz potem, gdy twoje martwe ciało zwaliło się z powrotem na łóżko, a kobieta co mnie urodziła upadła tyłem na podłogę, łapiąc łapczywie powietrze.
Widział i słyszał, przez małą szparę w drzwiach, gdym podszedł do nich, bo płaczem obudzony, chciał szukać pocieszenia u moich oprawców.
Ani słowa modlitwy nie uroniłem.
Matko, tyś mię poczęła,
moje ciało i umysł.
Ciało, gdy nie oparłaś się ojcu, gdy się do ciebie dobierał w tej ciemnej uliczce.
Gdy wypadłem na zmięte, szare i podziurawione prześcieradło, wtedy nieociosany jeszcze miałem charakter.
Jednak ty się tym zajęłaś.
Nie rzeźbiłaś delikatnymi dłońmi, a ciosałaś, gdy zostawiałaś to małe dziecko samemu sobie, co za zabawki miało jedynie puste szkło. Gdy odpychałaś od siebie, kiedy płakało i śmiałaś się, gdy było złe.
Gdy biegłaś do innego pokoju i zostawiałaś je same z tym wielkim potworem z jego koszmarów.
Ach, matko.
Gdybyś pozwoliła się zaciągnąć w paszczę piekielną razem z ojcem, oszczędziłabyś sobie rozczarowania.
I nie doświadczyłabyś podstępu, gdy raz do herbaty to dziecko dosypało ci trutki na szczury.
Jednak odebrałaś to jako zdradę, choć po swojej stronie nie miałaś nigdy żadnego przyjaciela, tylko wrogów.
A to dziecko, droga matko, zawdzięcza ci kim dzisiaj jest.


Autorka artów - Abigail Larson, IrenHorrors
Witamy i zapraszamy! Gdy podpisze się z nami umowę, tudzież zacznie wspólny wątek, już tak szybko się z niego nie wywinie, więc ostrożnie!
A i papierka, zgody potrzeba, gdy ktoś chciałby wynająć na momencik naszego pana w opowiadaniu, jednak spokojnie, bo o niego nie tak trudno, ma się te sposoby.

poniedziałek, 11 listopada 2019

Od Rawena c.d. Anastasi

- Nie mów tak! Jesteś wszak piękną kobietą! - zaprzeczył stanowczo słysząc samokrytykę dziewczyny. - Powinnaś  bardziej wierzyć w swój wdzięk, bo niejednego mężczyznę jesteś w stanie zauroczyć. - uśmiechnął się szeroko do rudowłosej. - Ten budyń... Wybacz to, kompletnie o tym zapomniałem. Na przyszłość postaram się bardziej pamiętać o twoich preferencjach żywieniowych.
- Spokojnie, nic się nie stało. Każdemu się zdarzy zapomnieć. A już w szczególności gdy ma się tyle osób do wykarmienia. - zaśmiała się delikatnie - To jak, dotrzymać ci towarzystwa?
- Sprawiłabyś mi tym wręcz niewysłowioną przyjemność. - poprawił włosy i puścił oczko do Anastasi - Oczywiście jeśli nie będzie ci przeszkadzało towarzyszenie mi w trakcie pracy. Theo pewnie zaraz przyjdzie coś zjeść.  A przynajmniej powinien... W każdym razie będzie mi niezmiernie miło. - poderwał się z miejsca i wyciągnął rękę w stronę dziewczyny. Ta jednak pokręciła głową z delikatnym uśmieszkiem na ustach i sama wstała z miejsca.
- A ty nie będziesz ich jadł? - zapytała idąc za nim w kierunku kuchni.
- Kucharz powinien jeść, wtedy kiedy wszyscy już się najedzą. A jeszcze nie każdy był na posiłku. - blondyn zniknął wewnątrz pomieszczenia by po chwili wrócić ze szczotką w dłoniach. Od razu zaczął zamiatać. Uśmiechem zbywając pytające spojrzenie gildyjnego alchemika. - Spokojnie, szybko się z tym uwinę. Jeśli będziesz miała ochotę, to później możemy razem coś upiec. - rzucił nie przerywając pracy. - Zdziwiłabyś się ile alchemia może mieć wspólnego z gotowaniem. - spojrzał na nią sprawnie zgarniając okruszki obiadu w jednym miejscu.
- Niby w czym one mogą być do siebie podobne? - Anastasia siedziała na blacie stołu i machała zwisającymi nogami, by nie przeszkadzać kucharzowi w uprzątaniu stołówki. - Przecież to dwie zupełnie różne dziedziny są. Jak coś co tylko wstawia się do ognia i zjada, może mieć cokolwiek wspólnego z tak wspaniałą sztuką jaką... - urwała i przechyliła głowę lekko na bok wpatrując się w Rawena. Blondyn zamiatał rytmicznie stawiając nogi. Każde pociągnięcie szczotki było doskonale zsynchronizowane z ruchami ciała. Można było odnieść wrażenie, że mężczyzna tańczy z kijem od szczotki. Dało się nawet słyszeć ciche nucenie dochodzące od kucharza.
- Coś się stało? - podniósł głowę i spojrzał dziewczynie wprost w jej duże czerwone oczy.
***
Rawen uprzątnął zbędne rzeczy z blatu przy którym stała Anastasia. Dał dziewczynie biały fartuch żeby nie zniszczyła sobie ubrań w trakcie gotowania. Otworzył szafkę i wyjął z niej sporych rozmiarów miskę. Polecił rudowłosej by wyciągnęła z szafki po drugiej stronie kuchni i wyjęła stamtąd trzepaczkę i chochlę. On tymczasem poszedł do spiżarni po bańkę z mlekiem i koszyk jajek. Przekazał składniki swojej towarzyszce i wrócił się po resztę rzeczy,
Gdy już upewnił się, że wszystko jest i nie będzie musiał krążyć do spiżarni i z powrotem, rozłożył składniki na blacie przed dziewczyną. W wejściu stała Irina oparta o framugę i patrzyła z powątpiewaniem na to co robi mężczyzna.
- Dalej nie wyobrażam sobie ciebie w roli nauczyciela chłopcze. Co prawda, talentu i umiejętności ci nie brak, ale raczej nie nadajesz się do ich przekazywania. - cmoknęła i pokręciła głową.
- Babciu I, proszę cię zrób sobie przerwę. Rzadko masz czas odpocząć, a jak ci się już nadarza okazja to marudzisz. My z Anastasią sobie tutaj doskonale damy radę. - starsza kobieta machnęła na niego ręką i wyszła. Uśmiechnął się delikatnie do dziewczyny i wskazał na produkty leżące na blacie - Jak już mówiłem, gotowanie jest jak alchemia. To wszystko jest jak składniki alchemiczne, które łączymy by uzyskać pożądany efekt. W naszym wypadku jest nim smak.

<Stasia?>

Od Yuuki

    Gdyby ktoś stanął teraz na jej drodze, z pewnością zostałby stratowany i nie pomogłyby nawet próby odzewu ze strony jej cząstkowego, znikomego sumienia, które zapewne — gdyby tylko dane mu było dojść do głosu — oskarżycielsko krzyczałoby, że Tenebris nie nadaje się do życia w społeczeństwie. I poniekąd była to prawda, gdyż ludzkość byłaby o wiele bezpieczniejsza bez jej egzystencji i głupich, niecodziennych pomysłów, którymi uświetniała każdy dzień nie tylko sobie, ale również osobom, które miały tego pecha znaleźć się najbliżej niej. 
     A tego dnia ktoś po prostu zepsuł jej humor.
      I nie, nie pokwapiła się nawet by ewentualnie zerknąć za ramię i upewnić się, czy owy nieszczęśnik, który jednak wpadł pod jej obcasy jeszcze żyje.
     Z drugiej strony nie musiała się tym zanadto przejmować, gdyż ludzie podskórnie wyczuwając zagrożenie najczęściej usuwali się z drogi. Tak, jakby sama aura otaczająca anielice wystarczyła, aby wszystkich udusić.
     Yuuki nie była zła. Była wściekła. Wściekła o to, że akurat dzisiaj, kiedy ona nie miała najmniejszej ochoty na użeranie się z opętańcami, właśnie jeden z nich musiał zepsuć jej popołudnie, niespodziewanie stając się częścią jej — już nie — wolnego dnia. 
     Dla Tenebris demony były najczęściej pewną formą zabawy, urozmaicenia wolnego czasu, rozruszania starych kości. Zawsze chętnie brała pod swoje skrzydła tych, których utrapione przez złe siły dusze nie potrafiły same uwolnić się spod ciężaru mrocznych sił. Nawet te nieznane demony, potrafiące siać spustoszenie nie tylko w sercach, ale również w otaczającym innych świecie, wzbudzały w anielicy silną ekscytacje i chęć dowiedzenia się o nich jak najwięcej. Tak, jakby zło im było gorsze tym mocniej przyciągało ją do siebie, dodając siły i odwagi do walki z nim. I tym razem było podobnie, lecz nim dotarł do niej fakt, że finalnie idzie robić to, co kocha, jej narzekania i przekleństwa musiało usłyszeć pół świata.
     Pierwszym przystankiem na jej drodze ku demonicznemu rozwiązaniu sprawy była biblioteka. Niestety tym razem nie miała pojęcia z jakim pomiotem miała do czynienia, dlatego pierwsze co przyszło jej do głowy to stare księgi, z których może uda jej się zaczerpnąć inspiracje i znaleźć rozwiązanie. Musiała przyznać, że od czasu opuszczenia rodzinnego domu nie zaglądała do biblioteki już tak często, jak robiła to niegdyś. Nadal jednak pamiętała, jak przyjemnym uczuciem było wziąć w ręce któreś z opasłych tomiszczy i zaszywając się w zupełnie innym świecie wertować jego kartki. 
     W rodzinnym Tiedal jej matka kochała kwiaty,  miała piękny, duży ogród, którym codziennie się zajmowała, doglądając roślin, tworząc coraz to nowsze, tajemnicze zakamarki w zielonych bluszczach i czerwonych, krwistych różach. Jej ojciec natomiast, kiedy Yuuki była jeszcze na tyle mała, aby tego nie pamiętać, sprawił w ich domu ogromną bibliotekę, wznoszącą się aż na dwa piętra. Mała Yuuki miała więc sporo miejsca, gdzie mogła oddać się czytaniu, choć i tak najczęściej uciekała z książkami do lasu, skąd wracała dopiero późnym wieczorem, kiedy światła domu wzywały ją z powrotem w bezpieczne mury. 
     Tenebris przekraczając próg biblioteki odetchnęła głęboko zakurzonym, nieświeżym powietrzem, chłonąc to, co jako pierwsze znalazło się w zasięgu jej wzroku. Stare regały uginające się pod ciężarem ksiąg, jasne, delikatne plamy światła padające na marmurową podłogę przez okienne szyby, martwe świece, tylko czekające aż zapadnie zmrok, by móc ożywić to miejsce.
     I jedna, samotna postać zaszyta w kącie, tuż przy biurku.
     Anielica w nagłym zaciekawieniu przekrzywiła lekko głowę w bok, przypatrując się z bezpiecznej odległości nieznajomej postaci, która odwrócona do niej tyłem zajęta była stojącymi na meblu kwiatami. Piwne tęczówki kobiety błysnęły mocniej, niczym u dziecka, które zauważyło coś niebezpiecznie kuszącego, kiedy w jej głowie zrodził się iście szatański plan. Nie przypominała sobie, aby ostatnio poznawała kogoś nowego, zwłaszcza w bibliotece, a to bardzo źle, ponieważ, jak podpowiadał jej cichy głos w głowie, warto mieć w kartach znajomości kogoś poznanego w bibliotece i dzióbiącego przy kwiatkach. 
    — Hej, cześć! — przywitała się wesoło, nawet ciut za głośno, jak przystało na bibliotekę, lecz w tamtym momencie najmniej ją to obchodziło. — Świetnie się składa, że na ciebie wpadłam, nieważne, że mnie nie znasz — spokojnie, zaraz to wszystko się zmieni. Możesz nie mieć czasu, ale pomożesz mi. — Powiedziawszy to błysnęła kłami, na nowo odzyskując dobry humor, tak, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nagle zapomniała o tym, że jeszcze kilka minut temu była wściekła, gotowa zabić wszystko co stanęłoby jej na drodze. Gdyby miała bawić się z demonem sama, nie byłoby tak ciekawie jak wtedy, kiedy dołączyłby się do niej nieznajomy. Lubiła niespodziewane zwroty akcji, zwłaszcza, jeśli będą działały na jej korzyść. 

sobota, 9 listopada 2019

Od Ophelosa CD Sorelii

Zza gęstego dymu fajki wyłoniła się ona, przysiadająca na drewnianym płotku, który dopiero co został naprawiony Krabata. W ciemniejszej sukience, która podkreślała jasną płeć, w kapelusiku z piórkiem i różyczkami, chroniącym od niesfornych wiatrów, które i tak delikatnie targały za kasztanowe loki. Posłał kobiecie jeszcze jeden uśmiech, może odrobinę śmielszy niż ten poprzedni, skinął głową, nie targnął się jednak jeszcze na słowo.
Chyba jednak nie miał ochoty na przyjemną rozmowę o niczym.
— Pan mnie wołał, pan mnie wzywał, no to jestem w całej glorii i chwale, ale te przydatki pozwolę sobie na razie odłożyć, zbyt ciasno by nam było razem na tej wąskiej belce, a nie chciałabym z kolei objawić się znowuż szlachetnemu panu w błocie i trawie.
I zwinnie zeskoczyła z belki, och, jak zwinnie, hipnotyzując krokiem, przyciągając szarawe, tego dnia niesrebrne, spojrzenie. Ophelos wziął głębszy oddech, jakby dla uspokojenia się, choć przecież nie miał żadnego powodu, by się denerwować. Prawda? On pilnował owiec, on cieszył się sielanką i świętym spokojem zesłanym mu przez Nathoriego, nie w głowie mu fircykowate panienki i panowie oraz inne zaloty. Tak? Wstrzymał dym w ustach, ciut dłużej, jakby obawiając się ruszyć, bojąc się, iż właśnie w ten sposób spłoszy swoją jedyną towarzyszkę tej całej monotoni.
— Och widzę, ktoś kiepsko ostatnio sypia. W pewnych kręgach uchodziłoby to za dowód na posiadanie nadzwyczaj czułego serduszka, które podbiła właśnie jakaś urodziwa dama. — Ophelos prawie zakrztusił się dymem, wypuszczając trochę gęstszą, trochę większą niż zazwyczaj, bo jakby zapomniał o wstrzymanym przez chwilę dechu. Schylił się, chcąc odzyskać panowanie, nadal jednak pokasłiwał. — Tylko niechże się panicz nie gniewa na mnie, w końcu takie już są panienki z wyższych sfer głupiutkie trzpiotki, nieprawdaż. — I tym razem był już gotowy do zareagowania, do pospiesznego i nerwowego zaprzeczenia, iż wcale tak nie uważał, iż panienka mu wcale na głowę nie wchodziła i mogła nadal mówić, zalecać się wręcz z czystej uprzejmości, a on wcale gniewać się nie będzie, bo przecież doświadczał już zdecydowanie gorszych panienek z wyższych sfer.
A jednak, ponownie nie dano mu dotrzeć do słowa, tym razem zasugerowano działalność trunków wyskokowych oraz najwidoczniej, szaleńce tańce na stołach. Jednak i to (tym razem) Ophelosa nie trapiło, ba, mogło być bynajmniej zdecydowanie odwrotnie, gdyż alkoholu do swojego krwiobiegu nie wlał już dawno. Może zdecydowanie za dawno, ale wynikało to z czystych środków bezpieczeństwa, bo trunki miały to do siebie, iż język po nich wyjątkowo się rozplątywał, a Chryzant wolał nie ryzykować zdradzenia szczegółów swojej przeszłości. Jeszcze nie teraz, jeszcze nie ta chwila, nie był gotowy, nie miał na to humoru.
Kiedy indziej.
Pastuchowi nie umknęło również to puszczone w jego kierunku oczko o piwnej barwie oraz przykryte gęściną rzęs. Drgnął, nie skomentował tego również, nie chcąc wyjść na niegrzecznego. Zresztą, co miałby powiedzieć? Pani, nie zasługuję? Ach, przecież aż tak skromny nigdy nie był.
— Matka powtarzała, iż gdy się wygląda jak duch, tak duch na ciebie nawet nie zerknie, ale niezmiernie dziękuję za komplement, nie zasługuję, pani — a jednak — a nowinki z miasta będą najlepszą i najbardziej kuszącą mnie propozycją — oświadczył w końcu z lekko przychrypniętym głosem. Oj, długa cisza oraz samotność gadułom nie sprzyjały, oj nie. — I proszę nie nazywać mnie paniczem, moja droga pani, przecież na to nie zasługuję — zauważył i przestąpił nerwowo z nogi na nogę. Miał nadzieję, iż te tytuły wynikały z czystej kurtuazji panienki, a nie wiedzy, którą przecież mogła zdobyć bez problemu. A jeżeli już tę wiedzę posiadała, tak pastuch miał ogromną nadzieję, iż sugestia będzie wystarczająca. — I bynajmniej! — żachnął się, niby nagle przebudzając się z letargu. — Obecność panienki cieszy mnie niezmiernie, gdyż owce, choć na pewno są miłe oraz wdzięczne, nie odpowiedzą słowem, uśmiechem czy wsparciem, choć zabeczeć, zabeczą — parsknął, unosząc fajką ku górze, stukając drewnianym kijem. — Co do sypania, nie zaprzeczam, a i nie potwierdzam, pozwolę zatrzymać sobie tajemnicę swojego niewyspania jedynie dla siebie samego, aczkolwiek, kto wie, niezbadane wyroki boskie, może ktoś kiedyś pociągnie odpowiednio za mój język. — Przystanął mocniej na prawej nodze, oparłszy się bardziej o drewno. — Panienka za to promienieje niezwykle, niby słońce na niebie. Cóż więc powoduje tyle szczęścia, co nadaje takich barw otoczeniu, że tak oczy cieszy? Och, obiecuję nikomu nie zdradzić, a w moim aktualnym stanie, prawdopodobne, iż i tak nie zapamiętam, bo mam wrażenie, że wszystko nie jawą jest, a snem jedynie — westchnął ciężko, kątem oka spoglądając na nadal spokojnie pasące się owce. Przeliczył je pospiesznie, choć kto wie, może policzył o jedną za dużo, bo coś mu się nie zgadzało. Trudno.

piątek, 8 listopada 2019

Od Leonarda cd Cahira

⸺⸺֎⸺⸺

Prawdopodobnie, gdyby Leonardo mógł odnaleźć się w tamtym momencie w swojej zwierzęcej formie, jego uszy drgnęłyby niespokojnie, targnięte czystą ciekawością. Tymczasem nacieszyć mógł się jedynie szerszym otworzeniem ślepi i chwilowym uniesieniem się brwi, bowiem błyśnięcie się klejnotu na sygnecie było tak wyraźne, że zdawać się mogło, jakby oprawie wizualnej towarzyszył dźwięk, który to jednak nigdy nie rozniósł się w przestrzeni. Błękit brzmiał i wyglądał niczym kropla wody. Drobina, pierw leniwie opadająca, przecinająca przestrzeń z niewątpliwą gracją, by w końcu zatopić się w morzu podobnych do niej z tak charakterystycznym pluśnięciem. Odgłos tak podobny, a tak różny od innych jednocześnie. Nie sposób było to powiem przyrównać do dźwięku, gdy kropla ta opadała na liść, obijała się o ściany, okna, czy zwyczajnie dach, w towarzystwie szumu wiatru, nadciągającej wichury.
Innym również dźwiękiem odznaczała się kropelka obijająca się o chodnik.
Jeszcze innym ciecz podobna do wody, jednakże niosąca w sobie jeszcze więcej życia, niźli ona. Jucha płynąca po szyi, po piersi, kapiąca z niewyobrażalnym ciężarem, jakby oblepiona niewidocznym, lecz gęstym i masywnym wspomnieniem dotychczasowego właściciela. Śmierdząca, ciągnąca się, jak przeklęta mara niemająca zamiaru porzucić tego, kto akurat pochwycił ją w swoje ramiona. Ostawała się w nosie, tak drażniącym, parszywym zapachem, przymilała do języka smakiem tak obrzydliwym, metalicznym, wołającym o zwrócenie zawartości żołądka. Najgorsze jednak w tym wszystkim była nieumiejętność pozbycia się pamięci o całokształcie farby, jakby przekleństwo, które, gdy raz opadło na nieszczęśnika, miało towarzyszyć mu do końca dni i przypominać o sobie na każdym kolejnym kroku. Drażnić, wytykać wręcz wszystkie grzechy tego świata, z tym jednym, najcięższym na czele. Kroczącym dumnie na przodzie, szczerzącym kły zupełnie niby bestia zaklęta w wątłym ciele i wołająca dnia każdego o spacer, bowiem gnaty zdołały jej się już zastać od ostatniego wypadu. Incydent ten miał swoje miejsce jeszcze na chwilę przed tym, jak dołączył do gildii.
Nie wspominał go dobrze, zresztą jak każdego innego, tym jednak razem udało mu się ostać bez krwi pod paznokciami i juchą odbijającą się w oddechu przez kolejnych kilka dni. Przyznawać musiał, że strach napawał go przy każdej okazji, gdy zasypiał, a gęsia skórka jeżyła się na ramionach, w obawie przed tym, że obudzi się ze świadomością popełnionych przestępstw. Parszywa była to wizja i mrożąca krew w żyłach za każdym razem, gdy tylko go nachodziła.
Zamyślił się zdecydowanie na zbyt długo, zdołał jednak usłyszeć końcówkę dotyczącą miejsc, dla których zapewne potrzebował map. Możliwe nawet, że odetchnął z ulgą, gdy między nimi nie odnalazł Defros, teren na tyle bliski, by prawdopodobnie już nigdy nie chciał go ponownie odwiedzić w obawie przed goniącą go przeszłością.
— Rozdzielić się — odparł z delikatną niepewnością, kiwając przy okazji głową. Jego oderwanie od rzeczywistości tamtego dnia było nieopisane, momentami wręcz irytujące, również dla samego Leonarda, nie mógł jednak na to nic poradzić i jedynie płynął wraz z nurtem zdarzeń. — Jak sobie życzysz — wręcz burknął, przybierając na nowo dobrze znaną mu minę, całą otoczkę paskudztwa i braku potrzeby zjednywania się z kimkolwiek poza własnym odbiciem w lustrze. Poprawiając mankiety koszuli, ruszył w wyznaczonym mu kierunku, nie czekając nawet na odpowiedź ze strony mężczyzny, jakby była rzeczywiście, ostatnią rzeczą, jaka obchodziła go tamtego dnia. Co pomyśli sobie pierwszy lepszy napotkany człowiek, któremu to właśnie zaproponowano pomoc.
Na wielu płaszczyznach Leonardo przeczył sam sobie, zdołał jednak nauczyć się żyć z tą wrodzoną wręcz hipokryzją, którą niejednokrotnie mu wytykano. Odważyłby się nawet na stwierdzenie, iż bez tej nietypowej cechy nie byłby sobą. Nieco mdłym już i męczącym, wciąż jednak sobą.
W tamtej jednak chwili przebrnąć musiał już nie tylko przez morze myśli, ale i również ocean kartek, ksiąg i zapomnianych zwoi, a wszystko to w poszukiwaniu zgub. Papier zdołał kilka razy niefortunnie zahaczyć o delikatne palce, naznaczając je nacięciami, z których leniwie poczęła sączyć się czerwona farba. Skwitował to krótkimi przekleństwami i uporczywym zaciskaniu ust nad ranami, nie porzucając jednak dotychczasowego zajęcia, które koniec końców zaowocowało odnalezieniem mapy stolicy. Wyjątkowo starej, obawiał się, że może nawet i przedawnionej, nieważnej już, bo pewnie od tamtego czasu zdołali dobudować już kilka nowych budynków mieszkalnych, sklepów, czy zwykłych miejsc przeznaczonych dla tamtejszych rzemieślników. Wciąż jednak uważał to za swego rodzaju sukces, za który jakaś wdzięczność mu się należała i na tę właśnie wdzięczność zdecydował się poczekać w miejscu, gdzie ostatni raz widział mężczyznę, w dłoniach zaciskając mocno odnaleziony.

⸺⸺֎⸺⸺
[Cahir?]

czwartek, 7 listopada 2019

Od Elry cd. Aurory

— Czarna herbata, darjeeling z dodatkiem kasztanów — odparła zgodnie z prawdą, przyglądając się drgającemu nosowi Aurory, co to chwytał raz za razem słodki zapach. Bowiem owszem, kasztany zasładzały jej napar mocniej, niźli leżało to w jej guście, przez co kobieta polubiła go bardziej, niżeli chciałaby to przyznać. — Jeśli chcesz, możesz spróbować — dodała, schylając się do niskiej szuflady w biurku, otwierając ją, buszując w środku. — Nie wiem jednak, czy mam inną filiżankę… — mruknęła, ale widocznie to nie stanowiło problemu dla zainteresowanej, bo gdy Elra tylko się wyprostowała, zobaczyła już pochłaniającą jej herbatę zaintrygowane nią usta. Odstawiła zastawę z dźwiękiem, wycierając wierzchem dłoni zmoczone futro, jakby właśnie wypiła jakiś ognisty trunek. — Możesz wziąć resztę — wtrąciła, odsuwając od siebie porcelanę. Nie będzie przecież dzieliła z kimś jednego naczynia.
Nie potrzebowała towarzystwa, nie teraz. W ogóle go nie potrzebowała, ale mimo że większość czasu spędzała w ciszy to potrafiła ignorować przeszkadzające jej czynniki, jak inna dusza w pokoju. Jednak obecnie, z tą dziwną istotą siedzącą przed nią, nie mogła ściągnąć całej swojej uwagi jedynie na dokumenty przed nią. Zakładała nogę na nogę, odkładała papiery chaotyczniej niż zwykle, stukała bezgłośnie opuszkiem palca w drewniany blat, raz po raz zerkając kątem oka na pokryty futrem pyszczek. Korciło ją. Korciło ją tak bardzo, by zalać towarzyszkę pytaniami. Ale coś sobie obiecała dosłownie kilka godzin temu i pragnęła tej obietnicy dotrzymać. Nie mogła tak łatwo się rozpraszać, a jednak…
— Cervan skłonił cię do dołączenia?
Pytanie wyrwało się z jej gardła nim zdążyła je powstrzymać i połknąć natychmiast, by nigdy nie ujrzało światła dziennego i utopiło się w jej żołądku. Ale była zbyt wolna, a podstępne słowa okazały się przebieglejsze. Założyła nogę na nogę, odchylając się na krześle, spokojnie opierając o nie plecy. Powinna chociaż wyglądać na rozluźnioną. Tak naprawdę gdyby ktoś się zakradł do niej od tyłu prawdopodobnie podskoczyłaby aż do samego sufitu, tak bardzo była naprężona. Ach, nie powinna była przerywać pracy, odkładać pióra. Grzeszyła ponad miarę, grzeszyła przeciwko samej sobie, grzeszyła przeciwko umowie jaką podpisała z Gildią, by wypełniać swoje obowiązki sumiennie. Jednak czy to był grzech ciężki, gdy robiła to z myślą samego lidera? Nie wiedziała o nim wiele, gdyby głębiej się zastanowić, to tak naprawdę nie wiedziała o nim nic. Jakże więc mogła mieć w sercu takie uczucia do osoby, która była jej kompletnie obcą? Co więcej, nie tylko podżegały one obecnie jej ciekawość, ale budziły w sercu okropną, okropną emocję.
Zazdrość.
Bo Aurora wiedziała więcej od niej. Bo Aurora spędziła z nim więcej czasu. Bo Aurora mogła z nim teraz wymieniać porozumiewawcze spojrzenia, których znaczenie znają tylko oni. Bo Elra nie miała tego przywileju.
Dlatego poruszyła się nieznacznie na krześle, przełykając z trudem ślinę, próbując utrzymywać pozory.

cholerstwo mi wyszło strasznie krótkie, za co przepraszam, ale nie miałam pomysłu ;-;

Od Elry cd. Yuuki

Wypuściła w geście frustracji całe powietrze w płucach, ale zaraz tego pożałowała, gdy zamiast świeżego, musiała odetchnąć tym zatęchłym i przesiąkniętym ostrą, mdłą wonią alkoholu. Wydało jej się, że sok żołądkowy podchodzi jej do gardła, dlatego z wielkim bólem serca, ale sprawnie i szybko odłożyła papiery na przetartym, ale noszącym jeszcze ślady dawnego brudu stole, uklękła na krześle i sięgnęła do okna. Uchyliła je, wpuszczając do dusznego pomieszczenia zimne, lecz orzeźwiające wieczorne powietrze. Zerknęła kątem oka na siedzącą i wyczekującą jej odpowiedzi Tenebris.
Szczerze nie znosiła takich sytuacji, a w tamtym momencie żałowała, że postanowiła iść tą konkretną drogą, nie skręcając w żadną boczną i mniej zatłoczoną. Dlatego rzadko kiedy wystawiała nos z archiwum czy biblioteki, gdy nie musiała dostarczyć pewnych dokumentów do gabinetów dowództwa. Zachciało ci się spacerów, wytknęła sobie w myśli. Ale w całym tym skrępowaniu i rozeźleniu, jakie w niej wrzało, kobieta zdołała odszukać resztki rozsądku. Wyrwała je z samego dna jej umysłu, wciśnięte w jakiś ciemny kąt. Potarła ręką czoło i westchnęła. Nie była osobą konfliktową, przynajmniej nie aspirowała do takiej, teraz również nie miała takiego zamiaru. Wywnioskowała zatem, że już dość tego głupiego i pustego zapierania się, koniec z tym beznadziejnym brakiem opanowania. Leżące papiery patrzyły na nią błagalnie, a ona tak bardzo chciała spełnić ich prośby.
Z niesmakiem wyraźnie wymalowanym na twarzy usiadła na krzesło, uprzednio strzepując swoją podręczną chustką wyschnięte paprochy, które spadły z mokrej szmaty, jaką kobieta przetarła meble. Momentalnie zatęskniła za czystością swojego pokoju. Wzięła księgi na kolana, chcąc im oszczędzić cierpień, jakie niewątpliwie doznawały na tym blacie.
— A więc chcesz, żebym, siedząc tutaj, opowiedziała ci coś o sobie? — zapytała, prostując się, wbijając w kobietę wzrok niepozbawiony jeszcze zmieszania, ale przepełniony jakby nową determinacją.
Ta jedynie otworzyła szerzej oczy, uniosła brwi i kiwnęła leniwie głową.
Elra mruknęła tylko pod nosem, odchylając głowę do tyłu, zastanawiając się nad czymś intensywnie. W końcu ją opuściła, poprawiając się na siedzeniu.
— Charakter człowieka kształtuje jego doświadczenie, a co za tym idzie, jego historia, prawda? — zaczęła, nie szukając jednak odpowiedzi, przez co zaraz kontynuowała, bawiąc się szeleszczącym rogiem kartki.
— Miałam nudne dzieciństwo, naprawdę, gdyby reszta mojego życia przepełniała podobna monotonia mogłabym wyjść na bezkształtną, szarą masę. Ale ociosano mnie, nie wyrzeźbiono, srogo ociosano. Odkąd pamiętam mój ojciec miał strasznego pecha, zginął wraz z matką w czasie katastrofy, dopiero wtedy wuj przygarnął mnie i moje rodzeństwo, bo miałam jeszcze dwóch starszych braci i siostrę. Mruczał ciągle, że moich rodzicieli spotkała boska kara. Był to człowiek mający mocne poglądy jeśli chodzi o politykę, był również bardzo apodyktyczny, a przede wszystkim — surowy, zresztą nic dziwnego, bo ukończył z wyróżnieniem słynną Akademię Wojskową w Ethiji, a nikt, kto stamtąd wychodzi, szczególnie ci z pochwałami, nie jest w stanie mieć ciepłego serca. Przynajmniej taką miałam wtedy opinię. Więc żyliśmy tak przez jakiś czas, bracia oczywiście szkolili się do wojska, jakżeby inaczej, ja z siostrą zostawałyśmy w domu, byłyśmy wystarczająco duże, miałyśmy po siedemnaście lat, ale mało wychodziłyśmy do ludzi…
Tu kobieta zawiesiła wzrok na czymś za Tenebris, tuż nad jej ramieniem, mrużąc lekko oczy.
— W każdym razie spokój nie trwał długo, jeżeli w ogóle można tak o nim powiedzieć. Nie słyszy się o wojskowych samotnie wychowujących dzieci i bardzo dobrze, bo kompletnie nie potrafią tego robić. Próbowałam nie myśleć o nim źle, ale gdy zginęli moi bracia, moja siostra nie ukrywała swojej nienawiści do tego człowieka. Podobno kazał im walczyć i jeden, bojąc się o swoje życie, zaszedł drugiego od tyłu i przeszył jego tułów na wylot. Został nazwany tchórzem i właśnie przez to tchórzostwo wuj odebrał mu żywot. Na domiar złego zabronił go grzebać obok rodzinnego grobu, bo to stanowiłoby plamę na jego honorze. Bogowie, moja siostra wtedy nie znosiła go z gorącą pasją w sercu. Zawsze była odważniejsza ode mnie, dzielniejsza, odporniejsza psychicznie. Znalazła więc w sobie siłę, która pozwoliła jej na postawienie się wujowi. Nie wiem kiedy, nie wiem jak, ale wymknęła się raz pod osłoną nocy. Chyba własnymi rękami odkopała leżącego gdzieś w lesie brata, bo gdy została przyprowadzona z powrotem do domu miała koszmarne rany na brudnych od ziemi rękach. Domyśliłam się, że nie zdążyła zawlec jego ciała do rodzinnej mogiły, bo gdy zamknięto ją na klucz w pokoju, kopała i krzyczała, by ją wypuścili. Cóż mogłam wtedy począć?... Błagałam, żeby się zlitował, brałam część winy na siebie, chociaż wcześniej odmówiłam siostrze pomocy, bojąc się jego kary. Po kilku godzinach zapanowała cisza - powiesiła się.
A ja uciekłam. Uciekłam jak najdalej i oto teraz przed tobą siedzę. Ja, tchórz, który przez tchórzostwo zabił całą rodzinę, za późno widząc konsekwencje. Ja, tchórz, który zbiegł z domu. I teraz — Tu wzruszyła ramionami. — utrzymuję się sama, bez ojca, matki i wuja.
Zmarszczyła brwi, przełamując obrzydzenie, opierając łokcie o brudny blat i splatając ze sobą palce, opierając na nich brodę. Popatrzyła na siedzącą przed nią kobietę, przyglądając jej się uważnie.
— Opowiedziałam historię i na jej podstawie, powiedz. Co sądzisz o moim charakterze?