niedziela, 21 października 2018

Od Desideriusa cd Selvyna

⸺⸺※⸺⸺

I nie przerywał. Nie śmiał nawet uchylić ust, pozwolić, by jakieś niechciane słowo uciekło spomiędzy warg i uderzyło prosto w wypowiedź mężczyzny, zakłócając i wybijając z nadanego przez melodyjne wyrazy rytmu. Zamiast tego dawał mu pole do popisu, pozwalał, by bystre oczęta świeciły się coraz jaśniej, coraz żywszą barwą, samemu nabierając mocniej powietrza w płuca, bo widać, jak cudze łuczywko w głowie się zapala, a i będąc tak blisko, czuł, jak iskra przeskakuje również na niego i powoli roznieca lekko tlący się płomyczek.
Propozycja wizyty wyjątkowo przypadła mu do gustu. Z chęcią poobserwowałby mężczyznę w pracy, popodziwiał to, co jest w stanie zrobić z wiedzą, którą dysponował. Zapewne musiało być to o wiele ciekawsze, niż marne ślęczenie nad roślinkami, licząc na to, że wywar sporządzony został w odpowiednich proporcjach i nareszcie cała maź zmieni kolor na fioletowy, a nie rażący, wręcz agresywny i irytujący fuksjowy. Ile to już zdążył się w swoim życiu nasiedzieć nad tą jedną, jedyną mieszanką, której wytworzenie graniczyło z cudem? I to dla jakich efektów. Szybsze leczenie się złamania. Cóż za pic na wodę, dwa dni w te, czy we w te, co za różnica? Coeh tego nie pojmował, a mimo wszystko zawsze bili się po tę nieszczęsną miksturę, przepychali w kolejkach i ustawiali zamówienia, gdzie uzyskanie specyfiku łączyło się mniej więcej z momentem wyleczenia poobijanej kończyny.
No cóż, jak kto wolał, Desiderius nie miał najmniejszego zamiaru się wykłócać.
Wrócił na ziemię, przyjrzał się mężczyźnie i naprawdę, miał ochotę machnąć niedbale ręką, słysząc jego wypowiedź.
— Jaki znowu brak manier, bywają sprawy ważne i ważniejsze — odparł z delikatnym śmiechem, kręcąc głową. Wszystko idealnie podsumowywało jego zdanie o poruszaniu tematów dotyczących stricte jego osoby. — Marność nad marnościami. Zwykły zielarz, ot co, trudno przyrównywać się do wynalazcy. Zioła zbieram, specyfiki robię, ludzi leczę. Niektórych niezwykle to zachwyca, jednak co mi po tym, skoro sam radości w tym wielkiej odnaleźć nie jestem w stanie? Tego też uciekam się do literatury — tu stuknął palcem o grubą księgę i znowu uśmiechnął się w typowy dla siebie, niezwykle roziskrzony i wręcz jaśniejący sposób. — Zaprawdę, zachwycającymi sprawami się zajmujecie, nie sądziłem, że kiedyś przyjdzie mi posłuchać o takich historiach.

⸺⸺※⸺⸺
[Selvyn?]

sobota, 20 października 2018

Od Rawena c.d. Annabelle

Na wieść, że chodzi o porwanie dziecka, coś w kucharzu drgnęło. Co do tego zajścia miał złe przeczucia. Jeszcze kiedy obracał się w złodziejskich kręgach, miał kilkukrotnie styczność z porywaczami. I nie należeli oni do najprzyjemniejszych osób. Do takich band zazwyczaj należeli brutale i sadyści, ludzie pozbawieni jakichkolwiek skrupułów, jeśli chodzi o pieniądze. A co najbardziej go niepokoiło, to fakt, że nie słyszał by jakakolwiek taka grupa porywaczy wypuściła swoją ofiarę. Szybko podbiegł do różowowłosej pani doktor. Uśmiechnął się do niej i gestem zaproponował, że poniesie jej plecak. Annabelle pokręciła głową.
- Zobaczysz, tak będzie ci lżej i będziemy mogli iść szybciej. - spojrzał znacząco na sporych rozmiarów bagaż lekarki. Dziewczyna tylko podziękowała, uśmiechnęła się i przyśpieszyła kroku zostawiając blondyna z tyłu. Młodzieniec westchnął, po czym podbiegł do niej. Gdy zrównał się z nią nią, wolną ręką sięgnął do kieszeni marynarki po papierosa. Czyn ten wywołał na twarzy kobiety grymas dezaprobaty.
- Prosiłam, żebyś nie palił w mojej obecności. Tłumaczyłam ci przecież jakie to szkodliwe...
- I tak, też zrobię. - poprawił grzywkę, która przysłoniła mu oko. - Zanim zapalę, odejdę na odpowiedni dystans, żeby ci to nie wadziło. Ale na razie, nie zamierzam palić. W końcu tak mi zaleciła pani doktor.- zaśmiał się sprawiając tymi słowami, że lekarka także się uśmiechnęła.
Szli leśnym traktem ciesząc się ciepłymi promieniami słońca, mimo panującej wszędzie jesieni. Czas płynął szybko, a droga upływała na rozmowach o wszystkim i niczym zarazem. Kucharz opowiadał głównie o swoich kulinarnych podróżach i przygodach w trakcie wędrówek po nowe przepisy. Oczywiście pomijał przy tym fragmenty, w których musiał się włamywać i kraść, żeby mieć na owe podróże i niezbędne składniki do potraw.
- Miałeś rzeczywiście interesujące przeżycia! - powiedziała, a burczenie brzucha jej zawtórowało. - Wybacz, od twoich opowieści zgłodniałam.
- W takim razie powinniśmy się zatrzymać i zjeść coś na obiad. Co ty na to, żeby rozstawić się na tamtej polance?  - wskazał wzrokiem na skrawek pustej przestrzeni między drzewami. Nie musiał czekać na odpowiedź. Annabelle pokiwała głową i ruszyła we wskazanym kierunku. - W końcu już mocno po południu i wypada zrobić sobie przerwę na posiłek.
***
Niedługo potem po okolicy rozległ się przyjemny zapach ziół i duszonego mięsa. Rawen zestawił rozgrzaną patelnię z ognia na przygotowany wcześniej duży płaski kamień, po czym zaczął nakładać gulasz do jednego z wcześniej przygotowanych naczyń. Podał różowowłosej dziewczynie miskę, która z wdzięcznością ją przyjęła i od razu zaczęła jeść. Mężczyzna uśmiechnął się na ten widok. Zawsze radość sprawiało mu gotowanie, ale jeszcze większą przyjemność odczuwał widząc, że jego dania smakują innym. Usiadł naprzeciwko pani doktor chwycił za papierosa, którego rano założył za ucho. Już miał go odpalać, gdy doszło go chrząknięcie lekarki, w którym pobrzmiewała delikatna irytacja. Uniósł ręce w przepraszającym geście i wstał. Otrzepał spodnie i ruszył na skraj drobnej polanki. Nim jednak wszedł w gęstwinę, żeby w najdrobniejszym stopniu nie dobiegł do lekarki dym i zapach palonego tytoniu, z tyłu usłyszał brzęk przewracanej patelni i stłumione przekleństwo. Odwrócił się machinalnie i zobaczył jak jeden z dwójki mężczyzn w mocno zużytych ubraniach, trzyma unieruchomioną dziewczynę, a drugi zakradał się do niego. Uwagę blondyna przykuł błysk w dłoni mężczyzny. Trzymał on jeden z cennych noży kucharza.
- Mówiłem ci kretynie żebyś uważał! - warknął bandyta trzymający Annabelle. - Na co jeszcze czekasz?! Atakuj go!
Mężczyzna rzucił się na Rawena unosząc wysoko ostrze. Zamachnął się. Blondyn uskoczył w bok pod ostrzem, znikając tamtemu z pola widzenia. Gdy tylko zbój się odwrócił, zaliczył potężne kopnięcie w podbródek. Upadł oszołomiony na kolana, a broń wyślizgnęła się z jego dłoni. Rawen zapalił papierosa i się głęboko zaciągnął.
- Popełniliście dwa niewybaczalne czyny i jeden bardzo poważny błąd. - wypuścił dym z płuc i uniósł rękę, po czym zaczął wyliczać prostując po kolei palce. - Pierwszy, zmarnowaliście jedzenie. Drugi, napadliście na kobietę. Trzy, zrobiliście to wszystko w mojej obecności. - w jego głosie brzmiał spokojny, głęboki gniew. Gdy skończył mówić, kopnął klęczącego w głowę. Jego szyja wydała nieprzyjemny chrzęst, po czym osunął się nieprzytomny. Mężczyzna który do tej pory trzymał kobietę, otrząsnął się z tego co przed chwilą zobaczył i rzucił się do ucieczki. Młodzieniec jednak mu na to nie pozwolił. W kilku susach doskoczył do bandyty i powalił go na ziemię. Nie zwlekając, pozbawił go przytomności. Poprawił swoją marynarkę i podszedł do pani doktor.
- Wszystko w porządku? - spytał z wyraźną troską w głosie. - Jesteś cała?

<Annabelle?>

piątek, 19 października 2018

Od Marceline cd. Annabelle

- Nie – odpowiedziałam na jej pytanie. - Jestem taka dla wszystkich, więc nie musisz się czuć wyjątkowa – wytłumaczyłam. Zobaczyłam na jej twarzy trochę zmarszczek, które po chwili zniknęły. Widziałam, jak wzięła głęboki oddech i na spokojnie wypuściła powietrze.
- Możesz chociaż zejść? Nie widzę twojej twarzy – nadal zachowywała spokój. Pokręciłam przecząco głową, chociaż nie mogła tego zobaczyć.
- Jest noc, a w nocy wszystko jest anonimowe. Nie wiesz? - prychnęłam lecąc wzdłuż krawędzi, aż w końcu zleciałam z dachu i stanęłam parę metrów od Annabelle, ale dalej będąc w ciemności. - A teraz cicho, trzeba znaleźć jakichś wrogów – powiedziałam i poleciałam w kierunku dróżki między stajnią, a innymi budynkami, nie interesując się drugą osobą. Po chwili różowo włosa dała o sobie znać, idąc za mną.
- Chyba lepiej, by teren był czysty – zauważyła, na co wzruszyłam ramionami. Może to była prawda, ale mi brakowało rozrywki. W końcu dziewczyna zrównała ze mną „krok”, idąc obok mnie.
- Zanudzę się na śmierć – mruknęłam bardziej sama do siebie, patrząc przed siebie. Teren wydawał się czysty, było cicho. Nawet zbyt...
Nagle usłyszałam jakieś poruszenie w krzakach. 
- A może jednak… - ignorując towarzyszkę, ruszyłam w kierunku hałasu ciekawa, czy było to jakieś zwierzę, czy może wróg. Może to był zwykły zajączek, który na mój widok wyzionie ducha? A może jakieś prawdziwe zagrożenie? Wokół nas panowała martwa cisza, szelest sprzed chwili jakby zmył się w powietrzu, a ja przybliżałam się do źródła dźwięku powoli i ostrożnie, chociaż gdybym nawet byłabym żywą elastyczną gumą, nie uniknęłabym ataku. A niestety nie mam najlepszego refleksu.
- Co ty robisz? - usłyszałam głos Annabelle. Będąc blisko rośliny, nawet nie spostrzegłam dokładnie, co się stało. Poczułam nagle ból pod lewym barkiem. Przez chwilę nie kontaktowałam: podchodzę do krzaków, nagle coś z nich wylatuje, a ja czuje przeszywający ból, który miał mi odciąć rękę.
Spojrzałam na strzałę, wbitą w moje ciało. Krew zaczęła wypływać spod drewna, plamiąc moje ubranie. Wtem z krzaków wyłoniła się jakaś postać, która zbliżała się w moim kierunku. Skierowałam na nią przekrwiony wzrok i wydałam z siebie dźwięk podobny do syczenia zmieszanego z rykiem. Takiego obrotu sprawy się nie spodziewałam. Chciałam trafić na coś, co odciągnie mnie od nudnej rutyny, ale nie sądziłam, że na swoim pierwszym patrolu zostanę ranna. To upokarzające...
- Ty ścierwo – czując przypływ wściekłości zamieniłam się niekontrolowanie w potwora. Strzała w porównaniu do mojego ciała była teraz maleńka, tak samo wróg, który widząc moje ostry kły, gotowe rozszarpać go na kawałki, świdrujące oczy próbujące zabić go samym spojrzeniem i szpony, którymi wyjęłam broń, jakby była zwykłą drzazgą, zaczęła uciekać. Odwróciła się do tyłu i ruszyła biegiem. Nie czekając ani chwili ruszyłam za postacią, nie myśląc o ranie, która była schowana pod futrem. Osoba wbiegła w las, a ja zignorowałam drzewa, która pod moim naporem wywalały się na boki. Wyciągnęłam kończynę, by go chwycić. Był tak blisko… Odwrócił głowę i zdążyłam tylko zobaczyć czarne jak smoła oczy, gdy nagle przede mną pojawił się ogień. Po sekundzie zniknął, a razem z nim tajemnicza osoba. Przez parę minut szukałam go w pobliżu, aż w końcu wróciłam do swojej normalnej postaci. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że krwawiłam.
- Marceline! - odwróciłam się w kierunku różowowłosej, która właśnie przybiegła na miejsce zdarzenia.
- Ten skurczybyk uciekł! Jak go znajdę, rozszarpię na kawałki! - krzyknęłam zdenerwowana. 

<Annabelle?>

Od Newt’a cd. Tilly

Pamiętam, że Gildia miała tylko jednego maga: Tilly. Widziałem ją raz, ale zapamiętałem jej fiołkowe oczy i białego kota przy jej nodze. Dlaczego o tym wspominam? Bo spotkałem ją przypadkiem w karczmie.
Nie lubię alkoholu, śmierdzi, jest gorzkie, pali gardło, a ludzie po nim wariują, ale nie chodzi się do karczm na spotkania ze znajomymi, których się nie ma. Piwa też nie pije, smakuje jak przeterminowane szczyny, chociaż jestem do niego lepiej nastawiony, niż do wódki. Więc co zamówiłem? Wino. Czerwone. Gdy usłyszał to barman, był z początku zdziwiony.
- Ludzie tu przychodzą, by się nachlać i może pobić, więc nie mamy na widoku wina. Masz szczęście, że trzymamy jedną beczkę w piwnicy – i dostałem to, co chciałem. Gdy w ręku trzymałem naczynie wielkości połowy kufla, wypełnione po brzegi czerwoną cieszą wstałem i skryłem się w stoliku na rogi, słuchając opowiadań jakiegoś woja, która opowiadał o zamordowanym szlachcicu, przez własnego syna. Zasłuchałem się w opowieści, nie zwracałem uwagi na nowo przybyłych, gdy moją uwagę przykuł głośny śmiech.
To mag z Gildii: zakapturzona Tilly z kotem. Przez chwilę patrzyłem na nią, aż wróciłem wzrokiem do potężnego mężczyzny, wymachującym mieczem: teraz opowiadał o tym, jak syn uciekł z więzienia i dowiódł, że to ich lokaj go wrobił. Woj, który to opowiadał, osobiście stoczył walkę z lokajem.
- Chociaż był chudy jak patyk i ślepy na jedno oko, wywijał mieczem lepiej niż nie jeden z najlepszych wojowników – lekko się uśmiechnąłem. Wypiłem do końca wina i wstałem, mając zamiar odejść, gdy ostatni raz spojrzałem w stronę dziewczyny. Jednak ona zniknęła, a przy drzwiach karczmy stał jej kot.
Chodź - usłyszałem czyjś głos. Na chwilę mnie sparaliżowało, ale gdy zwierzę zniknęło, zapytałem samego siebie, czy ja na pewno nie rozmawiam ze zwierzętami.
Po wyjściu z karczmy usiadłem na wóz, którym tu przyjechałem. Był on zaprzężony w dwa konie, a z tyłu miałem stos siana, ponieważ w stajni się ono skończyło, a nie było wolnego człowieka, który mógłby je przywieźć - misja, czy coś takiego - dlatego musiałem pojechać po nie sam. Ruszyłem za kotem, który zaprowadził mnie do starego dwupiętrowego domu. Widziałem, jak wchodziła do niego dziewczyna. Zawahałem się sądząc, że mam jakieś omamy po winie i powinienem wracać, ale głos znowu się odezwał i kazał mi iść. Stałem przy wejściu, nie wiedząc co robić.
- Nie będę właził do obcego domu – mruknąłem do siebie i ponownie ruszyłem w kierunku Gildii. Ostatni raz rzuciłem okiem na budynek, gdy dostrzegłem na dachu dziewczynę. Pochylała się niebezpiecznie blisko krawędzi. Czy to właśnie po to miałem tu przyjść? By być świadkiem i najprawdopodobniej podejrzanym w sprawie jej śmierci po upadku z dachu?
- Tilly! Co ty robisz?! Złaź stamtąd! - krzyknąłem widząc, jak jej noga znajduje się poza krawędzią.
- Będę latać tak jak ptak! - krzyknęła uszczęśliwiona. Wariatka, zaraz skoczy. Chociaż będzie o jednego pijaka mniej, pomyślałem zirytowany. Było trzeba tyle pić?.
Skoczyła.
Uderzyłem konie lejcami, które ruszyły biegiem. W ostatnim momencie wóz z sianem idealnie pojawił się nad Tilly, która wylądowała na miękkim podłożu i raptownie zasnęła.
- Jaka jest różnica między szalonym, a pijakiem? - mruknąłem sam do siebie, nie znajdując odpowiedzi.
Gdy dojechałem do stajni, odłączyłem od pojazdu konie, przeprosiłem je za tak nagły ruch i oddałem je Theo. Dziewczynę na sianie za to zostawiłem tak, jak leżała, kryjąc wóz pod dach na wypadek, gdyby miało padać. Ja za to ruszyłem do pokoju się przespać.

<Tilly?>

Od Selvyna cd. Aries

Będąc uprzedzonym przez Mistrza Cervana, że wkrótce ktoś odwiedzi go w sprawie jego pierwszej misji, Selvyn nie rozpoczynał żadnych większych projektów. Nie lubił rozpoczynać pracy tylko po to, żeby zostawić ją na miesiąc z okładem, żeby tylko zarastała kurzem. Dlatego też Aries zastała go przy dość prostym (przynajmniej z jego punktu widzenia) zadaniu, jakim było składanie prostej przekładni. Mógł ją zamontować niemalże wszędzie i coś takiego było równie przydatne i użyteczne, co zapasowe podkowy u kowala.
Aries wywarła na Selvynie wrażenie osoby niebywale nieśmiałej. Owo uciekanie wzrokiem i ledwie słyszalny głos były tego najlepszym dowodem. Mężczyzna nie uważał, by sam wyglądał jak ktoś wzbudzający niepokój w ludziach, więc raczej nie była to kwestia ani jego postury, ani zachowania. Dziwna cecha charakteru, skoro przecież kobieta nie miała żadnego powodu, by się tak zachowywać - z co prawda dość krótkiej rozmowy z nią Selvyn wyniósł wrażenie, że jest osobą rozważną i sensowną.
***
Gdy spotkali się po południu na stołówce, Selvyn uważnie przestudiował przyniesione przez Aries notatki, starając się jednocześnie zjeść tego schabowego, żeby nie marnować czasu. Zadanie było zdecydowanie interesujące i wymagające, aczkolwiek Selvyn nie przestawał zadawać sobie pytania, czy aby na pewno to on jest odpowiednim ku temu człowiekiem. Elementem zdobycia tytułu doktora nauk przyrodniczych było oczywiście pomyślne zdanie kursu biologii zwierząt, jednak mężczyzna nigdy nie czuł, by była to jego mocna strona, a poza tym zajmował się biologią normalnych zwierząt, nie zaś magicznych. O tych jego studia nawet się nie zająknęły, pozostawiając w całości dziedzinę tę magom. Co do kontraktu z chowańcem - cóż, większość magów, których znał takiego posiadała i faktycznie, w większości były to zwykłe zwierzęta domowe. Zdecydowanie “najmodniejsze” były kruki, sowy i koty, ale niektórzy posiadali również węże, psy, ale był takie mag, który wszędzie chodził z puchatym królikiem w koszyku.
— O zapłacie pomówimy później, nie mów jednak, proszę, że to, co możesz zaoferować, to niewiele. Umiejętności dobrego kartografa są wszędzie cenione, a łącząca się z nimi umiejętność trafnego odwzorowania i wyobraźnia przestrzenna to dar, którego nie sposób przecenić — powiedział zupełnie szczerze, a potem wrócił wzrokiem do notatek. Właśnie miał włożyć do ust kawałek ziemniaka, gdy w jego głowie pojawił się nowy pomysł. Chociaż może “pojawił się” było zbyt łagodnym określeniem, on tam niemalże wybuchł - Selvyn zastygł na moment, ziemniak zjechał mu z widelca, a następnie plasnął o talerz, ale wynalazca nawet się tym nie przejął.
— A myślałaś o tym, żeby skonstruować chowańca? — zapytał, nagle skupiając się z powrotem na Aries, jednak tym razem w jego oczach płonął niemalże niezdrowy blask absolutnej fascynacji jego własnym konceptem. Zaczął nagle mówić szybko, co kontrastowało nieco z poprzednimi okrągłymi zdaniami, które wcześniej wypowiadał oraz ogólnym opanowaniem. — Gdzieś czytałem, że coś takiego jest możliwe, że można skonstruować maszynę, a następnie tchnąć w nią życie! Połączyć konstrukt z duszą maga, tak, to byłoby coś… Magia i nauka, ramię w ramię, by stworzyć coś, czego nie da się osiągnąć żadnymi innymi metodami, tak…
Selvyn był wynalazcą i nie posiadał daru magii, jednak jednym z jego marzeń było połączenie myśli technologicznej z magią. Uważał, że jeśli ludzkość ma się dalej rozwijać i zaradzić jakoś nadciągającym co i rusz katastrofom, trzeba sięgać tam, gdzie jeszcze wzrok nie sięgał.
— Potrzebowalibyśmy pewnie jakichś trudnych do zdobycia materiałów, ale wcale nie jest tak, że to jakieś niemożliwe… Co o tym sądzisz? — zapytał w końcu, wyrywając się na chwilę ze swoich rozważań.

czwartek, 18 października 2018

Od Selvyna cd Alexandry

Selvyn początkowo nieco zwątpił widząc, że jego rozmówczyni na dłuższy czas pogrążyła się w dość długich rozważaniach. Czego mogły dotyczyć? Może oceniała, czy nie stanowi dla niej przypadkiem zagrożenia? Trudno było powiedzieć, a że wynalazca nie miał pojęcia, kim jest napotkana przez niego kobieta, to nie przyszło mu również do głowy, że może zacząć rozpamiętywać z nagła swą przeszłość i pogrążyć się w rozważaniach o rodzinie i relacjach międzyludzkich.
— Ach, czego szukać? Cóż, dobre pytanie… Powiedziałbym, że wszystkiego, co w naturze nie występuje na łące — powiedział dość oględnie. Wiedział, że zazwyczaj nie było co zaczynać rozmowy na temat tego, jak się poszczególne narzędzia nazywają, bo ludzie zazwyczaj pierwszy raz w życiu słyszeli daną nazwę, a potem i tak trzeba było spędzać czas na tym, by wytłumaczyć im, jak dane urządzenie wyglądało. Jak wyglądał młotek wiedzieli wszyscy, jak wyglądał chociażby abakus, już raczej nieliczni.
— Postaraj się też, proszę, uważać na gwoździe. Wysypała mi się paczka, a jako że część upadła na tamten kamień — tu Selvyn wskazał lampą jakiś wystający, ciemniejszy punkt pośród morza trawy — to wszystkie się odbiły i poleciały nie wiadomo gdzie. Staram się tu ostrożnie chodzić, żeby przypadkiem na któryś nie nastąpić i nie wbić go sobie w stopę. Metal, który miał kontakt z ziemią to jedna z ostatnich rzeczy, jakie chce się mieć w ciele — podsumował, chociaż na pewno lista takich przedmiotów była naprawdę duża. Selvyn jednak był człowiekiem chowanym niemalże w szklarni, toteż dla niego wbicie w podeszwę stopy brudnego gwoździa było absolutnym limitem tego, ile był w stanie zdzierżyć. Nauczyć się na pamięć czterystu wersetów na następny dzień - bez problemu. Zranić, spocić i zmęczyć - absolutnie nie.
— Myślę, że gdyby udało nam się to wszystko zebrać w sensownym czasie, może udałoby mi się przetestować tetracykl… Zobaczymy, czy udźwignie nas oboje wraz z narzędziami. — Selvyn wyraźnie się ożywił pomimo zmęczenia i późnej pory. Perspektywa testów z prawdziwego zdarzenia wpływała na niego bardzo pozytywnie.

(odmiana chyba jest dobra, ale niczego sobie za to nie dam uciąć)

wtorek, 16 października 2018

Od Aries c.d. Selvyna

Szła właśnie do gabinetu Mistrza dowiedzieć się kto, ma jej pomóc w misji. Nie spodziewała się, że Mistrz znajdzie jej kogoś tak szybko. Ledwie po śniadaniu zdążyła się rozstawić w zacisznym placyku za budynkiem, żeby w spokoju poeksperymentować z metalami, a zza jej pleców wyłonił się Ignatius z wieścią o jej zleceniu. Dalej było to zaskakujące, ale nie zamierzała się nad tym rozwodzić. Pokonała korytarz do drzwi gabinetu szybkim krokiem. Zastukała w drzwi i weszła gdy rozległ się głos Mistrza. 
- Aries, nareszcie jesteś! - powiedział to tonem, który miał ją uspokoić i zachęcić do odważniejszego zachowania. - Zapewne zdążyłaś już poznać Selvyna? Będzie ci on towarzyszyć w trakcie poszukiwań. Mam nadzieję, że się dogadacie. Znajdziesz go w jego pracowni, a teraz wybacz, ale muszę zająć się jeszcze kilkoma sprawami niecierpiącymi zwłoki. - podziękowała Cervanowi po czym wyszła z pomieszczenia. Niebieskowłosa szła w milczeniu rozmyślając o tym jaki będzie jej towarzysz. Z tego co zrozumiała, musiał być jakimś konstruktorem lub uczonym. Ucieszyła ją taka perspektywa. W końcu mógł się okazać także kimś, kto może sporo wiedzieć na temat magicznych stworzeń. Wyszła z budynku i skierowała się do niewielkiego budynku stojącego na uboczu. Zastukała w drzwi i delikatnie je uchyliła. Wślizgnęła się do środka. Jej wzrok od razu przykuł czarnowłosy młodzieniec odziany w eleganckie szaty i roboczy fartuch. Aries machinalnie opuściła głowę gdy tylko napotkała spojrzenie mężczyzny i niepewnie podeszła do stołu warsztatowego i mężczyzny. Widząc jej niepewność uśmiechnął się przyjaźnie.
- Jak mniemam to ty jesteś moją pracodawczynią? - wyciągnął w jej kierunku rękę na powitanie - Selvyn Cadwallder, wynalazca. - Dziewczyna odpowiedziała na uścisk dłoni mężczyzny, który ku jej zdziwieniu był o wiele delikatniejszy niż myślała.
- Aries Bravis... - powiedziała na tyle cicho, że mężczyzna musiał ją poprosić by powtórzyła. Wzięła głęboki wdech na odwagę. - Aries Bravis, gildyjny kartograf... - stała i rozglądała się po pomieszczeniu, nie wiedząc co dalej powiedzieć. Na szczęście młody wynalazca wybawił ją propozycją udania się w nieco mniej zagracone narzędziami miejsce w celu ustalenia szczegółów i wynagrodzenia za zlecenie. - Tak, t-to dobry pomysł.
***
Siedzieli w stołówce czekając na zbliżający się obiad. Selvyn wpatrywał się w notatki sporządzone przez niebieskowłosą. Odłożył kartki na blat stołu i spojrzał na nią.
- I jak rozumiem, ja mam ci pomóc odnaleźć i związać ze sobą chowańca? - pokiwała głową w odpowiedzi. - Masz jakieś pomysły gdzie chciałabyś rozpocząć poszukiwania?
- Nie bardzo... - opuściła głowę. - Myślałam, żeby zbadać ten teren w poszukiwaniu druidów. Może oni by mogli pomóc. - wskazała palcem na wycinek lasu znajdujący się w pobliżu gór na południu Nalaesii.  Czarnowłosy westchnął,
- Mhm, rozumiem. Przynajmniej to jakiś początek. - zerknął jeszcze raz na leżące obok kartki. - A powiedz, nie lepiej by było gdybyś przygarnęła psa? Tutaj napisałaś, że zwierzęta domowe są też swego rodzaju chowańcami, tylko o więziach niższego stopnia.
- Właśnie, a ja poszukuje chowańca o więzi na poziomie duchowym, żeby mógł mi pomagać w trakcie pracy. - wsparła się na łokciu i spojrzała na młodzieńca. - Jeśli chodzi o zapłatę za pomoc, to nie mam zbyt wiele... Mogę, jeśli uznajesz taki środek płatniczy, zaoferować swoje umiejętności przy którymś z twoich projektów. - spojrzała czekając na odpowiedź Cadwalldera.

<Selvyn?>