niedziela, 24 marca 2019

Od Rawena c.d. Madeleine

Rawen stał przed drzwiami, z koszami pełnymi jedzenia w rękach, i starał się je otworzyć nogą. Jak się okazało, drzwi były zamknięte na klucz, a dolna kończyna nie sprawdza się za dobrze w takich sprawach. No chyba, że chciał je wyważyć... Ale nie. Tym razem nie włamywał się do czyjegoś domu. Lecz przyszedł tu przynieść po cichutku obiad dla pajęczej bardki, która to znowu by ominęła posiłek i zwlekała z nadrobieniem go do wieczora. A także by posłuchać niczym nie przytłumionego głosu kobiety. Potrząsnął głową i jeszcze raz spróbował otworzyć wrota do pomieszczenia. Jak się zorientował, muzyka i śpiew wewnątrz ucichły, zastąpione przez ciche szepty. W końcu drzwi się otworzyły. A raczej różowowłosa dziewczyna je otworzyła z twarzą wykrzywioną w grymasie irytacji. Jej wypowiedź, była oschła, sarkastyczna i wyrażona ostrym, nieco gniewnym tonem. Blondyna to nie zraziło jednak. 
- Ja też się cieszę widząc taką piękność. - Uśmiechnął się przyjaźnie i uniósł kosze nieco wyżej by mogła się przyjrzeć ich zawartości. - Ale cieszyłbym się o wiele bardziej, gdybyś zechciała nie unikać posiłków. A czasem nawet zrobić sobie przerwę w pracy? - odsunął koszykiem ostrze skierowane w jego pierś i wyminął małą bardkę, wkraczając do środka. Pomieszczenie było przestronne, pozbawione niepotrzebnych mebli i ozdób dla lepszej akustyki. W kątach można było jednak dostrzec ślady kurzu oraz kilka pajęczych sieci na ścianach.
Dziewczyna rzuciła coś pod nosem i zamknęła drzwi.
- Słuchaj, lepiej nie mów mi co i kiedy mam robić, bo może nieść to za sobą nieprzyjemne konsekwencje, jasne? Jak będę chciała to przerwę. Jak będę głodna to przyjdę zjeść. Dotarło? - prychnęła kończąc zdanie i najwyraźniej uważając temat za zamknięty. Jednak Rawen był innego zdania. W końcu jego obowiązkiem jako kucharza było karmienie innych i pilnowanie by nie chodzili głodni. A już w szczególności członkowie gildii. Dlatego też nie zważając na jej ostrzeżenie zaczął rozstawiać jedzenie na stoliku. Spojrzał na trójkę mężczyzn siedzących w milczeniu i przyglądających się tej sytuacji. Wzruszył tylko przepraszająco ramionami. W końcu, skąd miał wiedzieć, że będzie miała towarzystwo. Więc jedynym co też mógł zrobić, było kontynuowanie swojej pracy i liczenie, że mieli oni coś swojego do jedzenia.
- Męską powinnością jest zatroszczenie się o kobietę, zwłaszcza jeśli ta sama się o siebie nie troszczy.  Poza tym, to jest także doskonały powód by spędzić z tobą choć chwilę i zobaczyć twe wdzięki w pełnej krasie. - ledwie skończył mówić, a ostrze noża wcześniej trzymanego przez Madeleine śmignęło obok jego twarzy i głucho uderzyło w jedną z belek nośnych budynku. Trójka muzyków patrzyła na blondyna i różowowłosą z wyrazami zdziwienia. Nie sposób było stwierdzić czy to za sprawą impulsywnego zachowania dziewczyny, czy też dziwnego spokoju i zadowolenia w zachowaniu kucharza.
Jak tylko Rawen skończył rozstawiać posiłek, zwrócił się w kierunku wyjścia i rozgniewanej dziewczyny.
- Mówiłam ci, żebyś mi nie mówił co mam robić. Widać, powiedzieć coś jeden raz, to za mało by ich małe móżdżki były w stanie to zrozumieć. - każde słowo wypowiadane było lekkim tonem, ale zostało podkreślone kolejnym nożem w dłoni bardki. Mężczyzna podszedł do niej i poklepał po głowie.
- Oj tam, nie musiałbym teraz cię męczyć, gdybyś regularnie przychodziła na posiłki. - uśmiechnął się i nachylił w jej stronę, tak że jego oczy zrównały się oczami Madeleine - Poza tym, wiem, że gdzieś tam głęboko mnie lubisz, więc może byśmy wyskoczyli się napić?

<Mad? Mam nadzieję, że nie odtrącisz takiego kawalera xD>

sobota, 23 marca 2019

Od Selvyna cd. Elry

— To nie jest tak, że mam dużo racji. Ja po prostu mam rację. I próbuję Ci właśnie powiedzieć, dlaczego. Przywołałaś przykład kobiety, która w obronie własnej zamordowała męża i człowieka, który po prostu chodzi po świecie i zabija ludzi. Dokładnie ten sam przykład próbowałem Ci przekazać gdy mówiłem o kradzieży maszyny do pisania i chleba. Sądy zawsze biorą pod uwagę okoliczności, nigdy nie jest tak, że za dwie sprawy które mają ten sam efekt, a jest nim w tym przypadku trup, będzie ta sama kara. Inaczej podchodzi się do zbrodni w obronie własnej, a inaczej do tych "dla sportu". Ma to głębokie podłoże w ludzkiej psychice. Rozmawiałem kiedyś z pewnym czarodziejem na temat czarnej magii - specjalizuje się ona w okrutnych rzeczach, a jedną z nich jest nagięcie ludzkiej woli do swoich celów. W ten sposób można sterować człowiekiem jak marionetką, a co najgorsze, jest on w pełni świadomy wszystkich wykonywanych czynności. Ta świadomość może się jednak okazać zbawienna, kiedy dany czarnoksiężnik przeceni swoje umiejętności i rozkaże danej osobie zrobić coś, co może narazić jej zdrowie i życie na szwank, bądź w wyniku czego może ucierpieć bliska jej osoba. Intensywne emocje związane z poczuciem zagrożenia i wdrukowaną w ludzki umysł potrzebą ochrony są w stanie przeciwstawić się magii, mamy więc już bardzo dobry argument, dlaczego nie da się ich ignorować. Problem jest tylko taki, że plagiat w ogóle nie należy do tej kategorii. Plagiat to raczej właśnie zasztyletowanie kogoś tylko dlatego, że akurat szedł ulicą i miał ładny kapelusz. Nic więcej.
— Poruszasz też kwestię kary za plagiat, problem jest tylko taki, że jeszcze nikomu nie zdarzyło się trafić za to do więzienia — tu Selvyn zrobił lekką pauzę i się skrzywił. — Niestety.
Mężczyzna uważał, że noc w lochu przydałaby się niektórym jego "kolegom" z roku, bo przynajmniej mieliby szansę do reszty wytrzeźwieć.
— Karą za bycie przyłapanym na plagiacie jest wydalenie z akademii, zaś karą za nieprzyniesienie pracy na czas - powtarzanie przedmiotu. Ludzie którzy się tego dopuszczają, wyraźnie nie potrafią sensownie myśleć i podejmują kompletnie niepotrzebne ryzyko, byle tylko jakoś zaliczyć przedmiot, chociaż na szali stawiają przecież całą swoją karierę. To o wiele więcej, niż chociażby rok w lochu. Dają też jasno do zrozumienia, że nie obchodzą ich inni ludzie, nie szanują też ich pracy ani poświęconego czasu. Jeśli jest pracodawca, który sprzedaje przedmioty wytworzone przez swych pracowników, bogaci się na tym lecz nie zamierza im płacić, to co można powiedzieć o takim człowieku? Że da się go zrozumieć lub usprawiedliwić? A gdzie sprawiedliwość dla pokrzywdzonych? Gdzie myślenie o ich uczuciach? Prawo powinno chronić skrzywdzonych, nie zaś tłumaczyć złoczyńców. Obawiam się, że nie docenisz ciężaru psychicznego i piętna, jakie w duszy odciska bycie ofiarą danego przestępstwa. Wiele osób chodzi z tym aż do śmierci i pokłosie takiego wydarzenia zostaje z nimi na zawsze. Pół biedy jeśli przeradza się to w wesołą historyjkę o tym, jak ktoś został okradziony z wypłaty gdy wracał wieczorem do domu, opowiadaną z przymrużeniem oka przy kuflu piwa, jednak zazwyczaj nie jest to takie łatwe.
— Jeśli zaś chodzi o więzienia i wszystkie związane z nimi sprawy, to jest to o wiele bardziej rozbudowany problem, niż mogłoby się wydawać. Oczywiście, że w idealnym świecie każdy więzień odbyłby karę adekwatną do swego czynu, a także zrozumiał to, dlaczego nie wolno mu nigdy czegoś takiego popełnić. Osobną kwestią pozostaje to, że naprawdę duża część więźniów bardzo dobrze wie, że tego czy tamtego nie wolno nie tylko dlatego, że grozi za to kara, tylko po prostu jest to złe. Ale im to nie przeszkadza, ponieważ cenią swoją wygodę i swój czas ponad bezpieczeństwo i życie drugiego człowieka. Doprawdy, współczuję temu, kto żyje według prawa tylko dlatego, że boi się kary za jego złamanie.
— Jeśli już przy tym jesteśmy, to warto i wspomnieć o pladze naszego sądownictwa, jaką jest korupcja. W starciu między osobą bogatszą i biedniejszą prawo często uśmiecha się do tego, kto ma cięższą sakiewkę. Ale w ten sposób można by wymieniać naprawdę długo i nie doszlibyśmy do żadnych sensownych wniosków prócz takich, że system egzekucji prawa wymaga zarówno poprawek formalnych, jak i zmiany myślenia społeczeństwa o prawie jako takim.
Selvyn rozłożył w końcu dłonie, a potem wziął się za drugiego croissanta, którego popił resztką herbaty. Nagadał się tego dnia więcej, niż planował, to trzeba było przyznać.

Od Selvyna cd. Desideriusa

Chociaż Selvyn był szlachcicem z krwi i kości, nie zdarzało mu się proponować niczego tylko dla samego proponowania, ani też obiecywać czegoś, czego nie miał zamiaru spełnić. Również “rozmowa o niczym” niespecjalnie sprawiała mu przyjemność, choć jeśli tego wymagała sytuacja, był w stanie pociągnąć rozmowę nie poruszając w niej tak naprawdę żadnych tematów. Kiedy tak się działo, miał wrażenie że traci czas i nic ciekawego się nie dzieje, a nudy nie lubił ponad wszystko.
Selvyn był jednak dość specyficznym człowiekiem i mimo że uświadamiał sobie wiele z owych niepisanych reguł rządzących kontaktami międzyludzkimi, to bardzo często z pełną świadomością je ignorował i łamał, stwierdzając że zwyczajnie mu nie pasują i nie będzie się do nich dostosowywał. Cóż, wynalazca nigdy się specjalnie nie przejmował tym, co ludzie o nim myślą wychodząc z założenia, że jeśli ktoś nie jest w stanie skupić się na niczym innym prócz nieistotnych szczegółów, to nie ma co zawracać sobie nim głowy. To oszczędzało mu może nie problemów, ale na pewno zmartwień i niepotrzebnego zastanawiania się.
Do pracowni nie było daleko, toteż obaj mężczyźni szybko znaleźli się na miejscu. Selvyn otworzył dwuskrzydłowe drzwi i zaraz zajął się zapalaniem światła - chociaż przez drzwi wpadało sporo promieni słonecznych, to jednak pomieszczenie byłej stodoły raczej nie posiadało większej liczby okien i w środku było po prostu ciemno. Selvyn zapalał tam światło co rano i był już przyzwyczajony do tego, by po omacku znaleźć lampkę i krzesiwo.
— Poczekaj tu chwilę, zaraz zapalę lampy — To mówiąc skrzesał nieco iskier na knot, który zaraz zajął się płomieniem, a potem przeszedł się po pracowni, zapalając pozostałe lampy i świece. Powoli pomieszczenie wypełniło się ciepłym światłem, a Selvyn wrócił do Desideriusa.
— Zapraszam na pokoje — powiedział z lekkim uśmiechem i już chciał prowadzić gościa w kierunku bardziej “mieszkalnej” części pracowni, gdy zaświtał mu inny pomysł. — Mogę też zaproponować wycieczkę po hucie, kuźni, pracowni alchemicznej i warsztacie stolarskim, jeśli interesują Cię tego typu rzeczy, albo po prostu jesteś ciekaw.
Wynalazca był przekonany, że może i tego typu miejsca (z wyłączeniem może pracowni alchemicznej) były dość zwyczajne, jednak w jego wykonaniu i projekcie tych pomieszczeń nie było niczego zwyczajnego. Cóż, Selvyn nie byłby sobą, gdyby nie postanowił poulepszać i pozmieniać standardowych elementów wyposażenia tego typu miejsc...

Od Selvyna cd. Aries

Selvyn w pewien sposób przyjął w tamtym momencie rolę słuchacza. W przeciwieństwie do wielu osób nie czuł się w niej niekomfortowo - wręcz przeciwnie, można by rzec. Nie znał się na magicznych istotach, a nazwę “Ślepi Sędziowie” słyszał pierwszy raz w życiu. O ile wiele osób mogłoby czuć się speszonych i nie na miejscu, gdyby osoby wokół nich dyskutowały zawzięcie o rzeczach, o których one same nie miały pojęcia, Selvyn czuł się w takim czymś jak w swoim żywiole uważając, że dzięki temu wiele się uczy. Jak to już wcześniej było parę razy powiedziane, mężczyzna nie narzekał na brak wiary we własne umiejętności, więc jeśli rozmowa dotyczyła jego dziedziny, to uważał, że o wiele większe jest prawdopodobieństwo, że to on będzie edukował drugą stronę, samemu nie wynosząc zbyt wiele z rozmowy. Tutaj jednak role się odwracały i to Selvyn był tym, który “dostawał” prezent w postaci nowej wiedzy. Nie chciał jednak wtrącać zbyt wiele i dominować rozmowy pytaniami, choćby nie były jakieś bardzo głupie a jedynie wynikały z lekkiej niewiedzy w temacie. Co innego było korzystać z okazji i dowiedzieć się czegoś nowego i interesującego, a co innego zmuszać innych, bo czegoś nauczyli, zabierając jednocześnie ich cenny czas, który przecież powinni spożytkować na coś innego.
Mężczyzna również przez pewien czas błądził wzrokiem po rysunkach Amryna. Trzeba było im przyznać, że były niezwykłe i nietuzinkowe, ale jako że Selvyn nie był biologiem, a raczej kimś z pogranicza fizyki, chemii i mechaniki, to niewiele był w stanie z nich wyłuskać. Może gdyby się przyjrzał i znał na temacie byłby w stanie dostrzec te drobne niedociągnięcia, ale chociaż rośliny w pewien sposób go fascynowały i zdarzało mu się trafić na jakiś wykład z botaniki, Selvynowi nadal dość daleko jeszcze było do umiejętności dostrzeżenia tego typu drobiazgów na cudzym rysunku.
I chociaż po wynalazcy nie było tego widać, zauważył że Aries nieco inaczej się zachowuje od momentu przybycia do Amryna. Od razu widać było, że to nie kwestia samego tylko maga (chociaż gdyby okazał się gburowatym i surowym mężczyzną na pewno byłoby nieco inaczej), ale raczej tego, że Aries w końcu mogła porozmawiać z kimś kompetentnym i chociaż Amryn nie podał żadnego prostego i zawsze działającego rozwiązania ich problemu, to można było powiedzieć, że właściwie wskazał palcem na mapie, gdzie mają się udać by owo rozwiązanie w końcu dostać.
Wynalazca zastanawiał się, na ile poradzą sobie na miejscu. On sam był człowiekiem, który podróżował raczej umiarkowanie i zdecydowanie wygodnie. Preferował jazdę konno, która była dla niego wygodniejsza, niż chodzenie pieszo. O ile teraz, kiedy podróżowali jeszcze normalnymi drogami dawał sobie jakoś radę, to nie był pewien, jak to będzie potem, kiedy będą już w górach i zaczną się wszelkie stromizny. Poza tym Selvyn też nie był przekonany do tego, na ile będzie w stanie ewentualnie gdzieś szybko pobiec i uciec, gdyby ów Ślepy Sędzia okazał się agresywny. Albo gdyby trafili na jakąś inną istotę, która by im źle życzyła. Cóż, postanowił się jednak podzielić swoimi wątpliwościami z Aries nieco później, jako że Amryn akurat nie był im potrzebny do roztrząsania tego tematu.
— Bylibyśmy zobowiązani — wtrącił, gdy Aries poprosiła czarodzieja o magiczny transport. Wiedział, że mężczyzna radzi sobie bardzo dobrze z zaklęciami teleportującymi i zdziwił się, gdy na jego twarzy wykwitł lekko zakłopotany wyraz.
— Hm, dawno nikogo nie teleportowałem… — przyznał z rozbrajającą szczerością i przeczesał dłonią włosy. — Nie jest tak, że nie chcę wam obojgu pomóc, tylko cóż… Nie no, powinienem trafić w Oblistin, a przynajmniej w jego okolice.
— Aries jest kartografem, Amrynie, jakoś się znajdziemy — dodał Selvyn, będąc pewnym że nawet gdyby wylądowali relatywnie daleko od Oblistin, Aries da radę nawigować ich do celu bez problemu.
— O, to zmienia postać rzeczy. Od razu kamień z serca. Cóż, na pewno będę w stanie bezpiecznie was przenieść w dobrym kierunku, ale gdyby okazało się, że do Oblistin trzeba kawałek przejść, to chyba będziecie musieli mi wybaczyć.
— I tak bardzo wiele dla nas już robisz. Naszliśmy cię rano z pytaniami i nie powiedziałeś jeszcze na nas słowa skargi.
Amryn machnął tylko na to ręką, a następnie wstał i wskazał dłonią schody prowadzące na piętro.
— Cóż, żeby gdziekolwiek dotrzeć musimy udać się do mojej pracowni. Weźcie wszystkie swoje rzeczy z przedpokoju, a ja sprawdzę, czy mam jakiś przedmiot z Oblistin. To powinno poprawić celność teleportacji.

Od Willibalda cd. Nagi

Trzeba było przyznać, że Willibalda na moment po prostu wcięło. Nie spodziewał się takiej akcji - w końcu zdecydowanie nie było to normalne, żeby komuś tak dla sportu towarzyszyć w trakcie wyprawy. Czarnoksiężnik wewnętrznie zjeżył się jak szczotka, bo na długiej liście rzeczy których niecierpiał bardzo wysoko stały osoby, które próbowały ingerować w jego plany. Wysoko też stała tam bezsilność, do której mężczyzna był po prostu nieprzyzwyczajony. Jeśli ktoś sprawiał problemy, to zazwyczaj czarnoksiężnik liczył do trzech i anihilował delikwenta (no, trzeba było przyznać, że zazwyczaj jednak już przy dwóch dana osoba brała nogi za pas), teraz jednak Will nie był w stanie anihilować nawet upstrzonej muchy, nie mówiąc już o o wiele bardziej upstrzonej ślepej babie.
Miał też bardzo złe przeczucia jeśli chodzi o sposób jej wypowiedzi. Okrągłe zdania to jedno, ale w jej wypowiedziach co drugie słowo to było imię jakiegoś bóstwa. Wyglądało na to, że miał do czynienia z jakąś kapłanką, czy inną cholerą. Kolejna rzecz, której naprawdę nie znosił.
Czarnoksiężnik miał niskie zdanie o klerze, a źródło swoje miało ono w tym, skąd ta klasa społeczna brała swoją moc. Z demonami i żywiołakami to podpisywało się kontrakt jak równy z równym, poza tym trzeba było już coś osiągnąć i coś wiedzieć, żeby taki kontrakt w ogóle skonstruować i wezwać sobie kogo trzeba (osobną kwestią pozostawały przypadki, kiedy ktoś dawał się wrobić w cyrograf, bo go coś niemożebnie wkurzyło i demon przyłaził zwabiony silnymi negatywnymi emocjami, a nie magią). W przypadku bóstw zaś sprawa miała się tak, że człowiek zostawał błaznem, który musiał nieustannie pajacować byleby tylko zadowolić swojego walniętego mocodawcę. Niestety mocodawca mógł cofnąć swoje boskie wsparcie w każdej chwili, zostawiając swojego gorliwego wyznawcę na lodzie, wszystko zaś tłumaczone było niezbadanymi ścieżkami jakimi kroczą myśli bóstwa oraz (uwaga, bo to będzie dobre) dbałością o wyznawcę. Wiadomo, co cię nie zabije, to cię wzmocni, a bogowie mieli wyłączność w przydzielaniu ludziom losowych trudności, które ponoć miały ich czegoś nauczyć. No Willibald to wolał sam sobie wybierać, czego będzie się uczył, nikt mu nie musiał żadnych kłód pod nogi rzucać. Poza tym “niezbadane są ścieżki, jakimi kroczą myśli bóstwa”? Poważnie? To samo można powiedzieć o wariatach.
Gdy pierwsze zaskoczenie minęło Willibald zebrał się w sobie i postanowił nie poddawać się bez walki. Nigdy tego nie robił. Dopóki była jeszcze jakakolwiek szansa, zamierzał ją wykorzystać.
— Pani, nie wiem, czy się dobrze rozumiemy. Ja… uh, bardzo mi pochlebia, że chcesz podróżować ze mną dla mojego towarzystwa, jednak jakby to ująć… w moim życiu nie ma miejsca dla drugiej osoby i hm… nigdy nie planowałem, by się to zmieniło. Nie chciałbym też narażać Twojej reputacji na szwank…
W sumie to nawet nie kłamał z tym wszystkim, bo tak się złożyło, że na żadnym etapie życia nie interesowała go płeć przeciwna, a jedynie magia i wszystko co z nią związane. Przez pewien czas miał w swojej wieży osobę, którą mógł nazwać swoją prawą ręką, ale było to dawno, krótko i hm… czy naprawdę była to osoba?

Od Willibalda do Alexandra

Nowy nabytek Gildii sprawił, że pod czaszką Willibalda zapaliła się czerwona lampka. Wyglądał normalnie, zachowywał się przyjaźnie, ale coś było z nim mocno nie tak. Początkowo kowal nie był w stanie stwierdzić, co mu tak bardzo w chłopaku nie pasuje. W sumie to można było go wrzucić do tego samego worka, co tych dwóch wariatów, znaczy Selvyna i Desideriusa. Obaj memłali jakieś tam książki i obaj byli chudzi jak szczapy. Może z racji wieku Willibaldowi włączał się jakiś “tryb dziadka”, ale uważał, że mężczyzna nie może być taki zabiedzony, a oprócz siedzenia w książkach i grzebania w roślinach lub maszynach wypadałoby robić coś pożytecznego dla społeczeństwa.
Jako że planem Willibalda na pobyt w Gildii było zadzierzgnięcie intratnych znajomości, postanowił udać się do owego Alexandra pod pretekstem wyciągnięcia od niego jakichś roślinek. Jak już przyszedł i obżera kuchnię, to niech się jeszcze na coś przyda. A przy okazji Will zamierzał jakoś zbadać tę kwestię, która nie dawała mu spokoju, mianowicie że coś z tym gościem jest nie tak.
Mężczyzna błyskawicznie doedukował się w kwestii emaliowania i metaloplastyki, byle mieć jakąś sensowną podkładkę do tego, po bo mu nagle hodowanie indygo, a następnie uzbrojony w nabytą naprędce wiedzę udał się do Alexandra.
Nazwisko mężczyzny nie dawało mu spokoju. Brzmiało niemalże demonicznie i w sumie to Will się zastanawiał, czy właśnie czasem nie to jest powodem jego podejrzliwości względem zielarza (czy kimkolwiek ten gość podobno był). Chociaż gdyby mężczyzna naprawdę mógł poszczycić się piekielną proweniencją, to czy tak radośnie by się z nią obnosił, nie myśląc nawet o tym, by iść do ludzi pod przybranym nazwiskiem? Cholera wie, może po prostu był idiotą i żaden demoniczny tatuś czy mamusia go przed tym nie uchronili. Cóż, nie dało się przewidzieć, jakie cechy dziecko odziedziczy po rodzicach - władca piekieł miał w końcu pełne prawo spłodzić pozbawonego magii kretyna i nic przed tym nie chroniło.

Od Willibalda cd. Sorelii

Willibald westchnął trochę w duchu. On tu tylko po tłustego szczura przyszedł i w przeciągu pół minuty jego idealny plan zdobycia tego komponentu legł w gruzach. Napatoczył się na jakąś babę i teraz musiał się z tym chrzanić. Wyglądało na to, że zejdzie mu na tym cała noc i nici z wyspania się dzisiaj. No ale trudno, miał w końcu rolę do odegrania i zamierzał ją odegrać, prawda?
Imię “Hektor” nic mu nie mówiło i nie miał pojęcia, co niby ta kobieta próbuje tutaj osiągnąć. Szlachcic okazał się jakimś portowym oprychem, ale skoro ktoś taki został ewidentnie wynajęty do “zajęcia się” Sorelią, to czy faktycznie była ona takim świetnym szpiegiem, za jakiego się uważała? Czarnoksiężnik sądził, że dobry szpieg to taki, o którego istnieniu nikt nie wie, ale powiedzmy sobie jasno, że niespecjalnie zajmowały go tego typu sprawy. On sam nie szpiegował innych, bo i niewiele obchodziło go co też taki bałwan pokroju chociażby Aegistusa robi w czasie wolnym. To raczej on musiał bujać się z nadmierną ciekawością innych osób i niemożebnie go to irytowało. Jeśli ktoś był ciekawy, mógł go wprost zapytać o to czy tamto, problem był tylko taki, że inni magowie nie próbowali podpatrywać go tylko po to, by dowiedzieć się czegoś nowego o magii, tylko po to, żeby oskarżyć go o uprawianie czarnej magii i zaciągnąć przed sąd.
Zupełnie tak, jakby czarnoksiężnik się z tym kiedykolwiek krył.
Problem był tylko taki, że żeby ktokolwiek stanął przed sądem, organy ścigania muszą mieć możliwość zmusić go do tego, a mężczyzna dumny był z tego, że nikt nie był w tamtym czasie zdolny zmusić go do niczego.
Wróćmy jednak do chwili obecnej, kiedy to niestety, ale wiele osób byłoby w stanie potencjalnie zmusić Willibalda do zrobienia tego czy tamtego, a na pewno były w stanie to zrobić okoliczności i wydarzenia.
Kiedy Sorelia radośnie ciągnęła swojego niedoszłego mordercę po ziemi, nieśmiało zaproponował oczywiście swoją pomoc, ale przecież nie będzie naciskał, prawda?
— Cóż, chętnie oczywiście pomogę, ale chyba jednak musiałbym nieco więcej wiedzieć, żeby naprawdę się przydać — powiedział zgodnie z prawdą, a potem wziął się za zakładanie buta. N nie będzie tu przecież paradował boso.
Zerknął na nieprzytomnego i westchnął, zastanawiając się. Cóż, alkoholu z powietrza teraz nie wyczaruje, a gdyby miał biegać po niego do kuchni czy na salę balową to mogłoby być ciężko. Był jednak sposób, by za pomocą magii autentycznie upić leżącego mężczyznę, problem był tylko taki, że zaklęcie było cholernie pokomplikowane i każdy błąd mógł być śmiertelny w skutkach. Willibald westchnął jeszcze raz, przeczesał palcami włosy i doszedł do wniosku, że nie powinien się przejmować. Cholernie pokomplikowane zaklęcia to przecież była jego specjalność i jeszcze żadnego nigdy nie spartaczył, więc czemu niby miałoby się to stać teraz, prawda?
— Jestem tylko prostym kowalem, ale znam się nieco na magii. Gdybyś była tak łaskawa użyczyć mi jednej złotej monety byłbym w stanie sprawić, by tego oprycha naprawdę przemienić w nieprzytomnego pijaka. Zaklęcie może mi trochę zająć, ale sądzę, że jest bezpieczniejsze niż pójście gdziekolwiek po hm… “materiały”, które uwiarygodniłyby zatuszowanie sprawy.