niedziela, 2 lutego 2020

Ankiety z okazji II rocznicy bloga + Wywiady z Postaciami vol. II

Witajcie kochani!

Z okazji zbliżających się drugich urodzin bloga, tak jak w ubiegłym roku chciałybyśmy przeprowadzić dwie ankiety na temat popularności oraz działalności bloga, do których linki znajdziecie poniżej. Głosy będziemy zbierać do 2 lutego, potem formularze zostaną wyłączone abyśmy mogły je podliczyć i podsumować.
Oprócz tego chciałybyśmy ponownie zaprosić Was do znanej już zabawy, czyli Wywiadów z Postaciami! Ankieta związana z tym wydarzeniem będzie otwarta do 28 stycznia i następnego dnia w tym poście pojawi się lista biorących udział w wydarzeniu oraz obowiązujące zasady.

Będzie nam bardzo miło jeśli odpowiecie na chociaż jedną z tych ankiet, nieważne czy należycie do bloga czy jesteście tylko anonimowymi czytelnikami!


Dziękujemy za uwagę!
Administracja


niedziela, 26 stycznia 2020

Od Xaviera cd. Ignatiusa

Cele wypełnił ogień. Wynurzył się nagle niczym demoniczna bestia wyciągnięta spod pętla pieczęci, zła o tyle, co zbudzona ze snu, wyrwana do życia za sprawą magii. Przymuszona tańcowała na bzdurnie małym kawałku ziemi, wyciągała wysoko łby, trzaskała długimi jęzorami i kopciła zdradzieckim, sczerniałym dymem. Pomieszczenie wręcz tonęło w ciemnej czadzi, w duszącym smogu, który zagęszczała się w wyższych partiach, aby niczym żałobny kir zamrzeć ponad wszystkimi — oszalałym magiem, zdezorientowanymi strażnikami, czy urzeczonym bardem.
Chłopak niczym zauroczony przyglądał się płomiennemu monstrum, patrzył na rozchodzący się ogień, a oczy wciąż błyszczały mu strutym błękitem. Krew zalała mu usta, w głowie szumiała magia i chociaż serce biło w nierówny takt, to na nogach wciąż stał pewnie. Przepełniało go zacięcie, które zagorzało o tyle mocno, gdy tylko ogień wybił ponad wszelkie oczekiwania i zdołał wywołać należyte zamieszanie.
Strażnicy wręcz w popłochu ganiali po korytarzu, starając się zrozumieć, co tak właściwie się wydarzyło. Przebiegali z prawa do lewa, rzucali się poprzez ogień, próbując ustrzec się przed żywiołem, albo przemykali bokiem, ocierając się o ściany, brzęcząc pancerzem o kamień, ale i kraty celi. Xavier usiłował zwrócić ich uwagę. Krzyczał, nawoływał i wyciągając ręce, aż w pewnym momencie w końcu udało mu się pochwycić któregoś z mężczyzn. Złapał go za płaszcz, przyciągnął do siebie i wbił paznokcie pod skórzany kirys. Przymusił do tego, aby spojrzał mu w oczy i następnie skupił się na jego ustach, które charczały chaotyczne słowa zaklęcia. Nawet chwili się nie zastanawiał, a od razu posłużył się urokiem, nie chcąc, nie mogąc pozwolić, aby ten człowiek wyrwał mu się i pozostawił go na łaskę rozszalałego płomienia czy czarnych mgieł.
Bard był w stanie rozporządzać durnym magiem, nakazać mu wzbudzić arkana czy nawet odrobinę wspomóc jego moc, lecz wyłącznie wtedy, gdy ten pozostawiał świadomy wypowiedzianych przezeń słów. Obecnie dzieciak, jednak zatracił się całkowicie w swej potędze i zdawało się, iż tylko wyczerpanie lub inna tragedia zdoła go zatrzymać. Jednak białowłosy nie zamierzał wyczekiwać na żadną z powyższych możliwości, więc gdy tylko nadarzyła się odpowiednia stosowność, to pomimo wyczerpania, boleści od nadużywania mocy ponownie po nią sięgnął i rozkazał zwrócić sobie wolność.
Zaklęcie nie posiadało w sobie zbytnio mocy. Było zaledwie schrypłym, gruźliczym szeptem, błaganiem, a nie filuternym zaleceniem, słodką prośbą. Bard obawiał się, że może nie podziałać, rozmyć się w zdrowym umyśle mężczyzny, dlatego też omal nie popadł w histerię, gdy zbrojny wyrwał mu się z rąk i opuścił go bez słowa — na szczęście tylko po to, aby po chwili powrócić z pękiem kluczy i mgłą uroku zaszłą na oczach. Otworzył kratę, wypuścił chłopaka i nawet nie zareagował, gdy ten go przepchnął i rzucił się biegiem przed siebie.
Xavier przeciął ciemną czadź, a następnie bez większego zastanowienia wpadł do wnęki, gdzie przedtem wydało mu się, że przesiadywali strażnicy. Pomieszczenie również wypełniał dym, lecz szarość wyłącznie zasnuwała światło, a nie zadusiła jej całkowicie w mroku. Chłopak i tak podwinął zbrudzoną koszulę i przytknął ją sobie do twarzy, chcąc choć odrobinę odgrodzić się od gryzącego popiołu. Powiódł wzrokiem po otoczeniu, po stołach, przewróconych krzesłach i regałach, na których ciążyły zbite, drewniane skrzynie, lecz jego uwaga skupiła się przede wszystkim na wieczornym promieniu, który przesączał się przez okno i szarpał skurzoną osnowę. Świetlik był stosunkowo niewielki i wątpliwe, aby posłużyłby do ucieczki choćby spasionemu szczurowi, to jednak coś popchnęło barda w tamtą stronę. Pomimo rozedrganego kroku, sprawnie wyminął meble i porozrzucane w pośpiechu śmieci, lecz umknęło mu pewne zawiniątko, którego nie zauważył i niechybnie trącił nogą. Przedmiot odskoczył, prześlizgnął się kawałek po posadzce i wydał z siebie żałosny, jednak nadzwyczaj wdzięczny odgłos, przez który serce barda omal nie wyrwało mu się z piersi. Bez zastanowienia rzucił się za pakunkiem i niczym w amoku począł szarpać za sznury, rwać supły, póki nie dostał się do środka.
Instrument szczęśliwie ocalał, chłopak nie dostrzegł na nim żadnych ubytków, wyłącznie jedna struna zerwała się z szeregu, zwinęła się i sterczała niczym kieł. Nie mógł się powstrzymać, aby nie trącić włosie, czy nie musnąć śliskiego drewna pozwalając, aby przedziwna radość na chwilę wypełniła roztrzęsiony umysł. Samowolnie uśmiechnął się, na ponów zawiązał tobołek i w końcu stanął z klęczek. Nie wrócił jednak z myślami do okna, ale począł błądzić wzrokiem po regałach. Los zlitowała się i zwróciła mu jego najdroższe dobro, więc może i resztę jego dobytku również postanowiła schować w tym miejscu.
I tak po chwili przerzucania metali i innych śmieci zdołał odszukać jeszcze dwie rzeczy z jego własności. Broń odnalazł prawie od razu, problematyczny okazał się płaszcz, którego wyciągnął dopiero spod hałdy szmat całkiem zabrudzonego i wymiętego, lecz szczęśliwie całego. Nie mógł jednak odnaleźć swojego mieszka, ale również, co gorsza, butów. Co do odzyskania pieniędzy nawet się nie łudził, niezbyt mając wiarę i czas na cudy, ale brak obuwia nie potrafił przeboleć. Wprawdzie nosił dość dobrą skórę, jednak uparcie odrzucał możliwość, że ktokolwiek mógłby sobie ją przywłaszczyć. Uparcie przeszukiwał pomieszczenie, niepotrzebnie marnował czas, a w swych durnościach zreflektował się zdecydowanie za późno.
Poddając się w poszukiwaniach, chciał jeszcze raz się rozejrzeć, tym razem za byle jakimi butami, lecz wtedy do pomieszczenia wpadł strażnik. Młody chłopak w zbyt szerokim kirysie i z przekrzywionym kapalinem, spod którego cienia łypała przerażona twarz, spocona i pokryta smołą. Wbiegł do pokoju tak gwałtownie, że bard nie zdołał w żaden sposób zareagować. Ba! Niespodziewana wizyta wywołała u niego takie zaskoczenie, że nagle zamarł i tylko głupio czekał na ruch tamtego. Strażnik też widocznie nie spodziewał się zastać zbiegłego w takim miejscu, w takich warunkach, gdyż również stanął w przejściu. Musiało minąć dobre parę sekund, zanim pozbierał myśli i krzyknął w stronę białowłosego. Podniósł broń, wykonał gwałtowny krok w stronę barda, który rzucił się przestrachu poprzez porozrzucane krzesła i bez zastanowienia pobiegł dalszym korytarzem. Nie patrzył za siebie, nawet nie zwrócił uwagi, że w prostopadłym korytarzu, którego minął, inny mag pod symbolem straży zdołał opanować ogień i żarliwy temperament młodego adepta. Po prostu biegł przed siebie, wciąż słysząc za sobą brzęk zbroi młodego strażnika, który na nieszczęście postanowił za nim gonić.
Ciążyło na nim wspomnienie tamtego wieczoru, gdy badając budynki wraz z Ignatiusem, popadł w niewolę przy podobnych okolicznościach — biegnąć na ślepo i z pogonią na ogonie. Popełnił wówczas mnóstwo pomyłek, a tego dnia, w tym stanie z pewnością uczynił ich jeszcze więcej, lecz tym razem potrzeba uratowania z sytuacji była zdecydowanie większa. Nie mógł pozwolić, aby go złapali i to nawet nie z powodu możliwych konsekwencji, lecz z doświadczenia porażki, gdy sukces skrzył się tuż przed nosem.
Zbiegł więc po schodach, po czym z korytarza wpadł do pierwszego otwartego pomieszczenia. Zatrzasnął za sobą drzwi i wtoczył bele na rygiel, a następnie oparł się o ścianę i począł wsłuchiwać się w otoczenie. Metal grzechotał na bruku, słychać było tęż tętent innych osób, narastający, aż oba dźwięki ucichły w niedalekiej odległości od jego skrytki. Młody strażnik zwrócił się do grupy, bard słyszał jedynie głośne, nerwowe przywitanie, resztę rozmyły grube mury, lecz i tak był pewny, że przekazuje im informacje o gonionym zbiegu.
Chłopak mimowolnie przeklną, łapiąc się za włosy, szarpiąc je i walcząc z narastającym bólem głowy, który wykwitł ponownie, gdy tylko w końcu dopuścił do siebie myśl, że znalazł się w wyjątkowo paskudnej sytuacji. Strażnicy nie są świadomi, że schronił się akurat w tym miejscu, lecz nieroztropnie byłoby wierzyć, że nigdy się nie zorientują. Parę minut, może nawet nie i go znajdą, czemu też powinien zacząć myśleć i to szybko.
Odczepił się od ściany i zbiegł po trzech schodkach, które prowadziły do czegoś na wzór spiżarni, może graciarni. Cztery rzędy ustawionych równolegle do siebie półek, większości pustych lub zawalonych skurzonym śmieciem niewartym nawet chwili uwagi. Chłopak minął meble i podszedł do okratowanych okien. Znajdowały się wysoko i bard po paru mało finezyjnych ruchach dopiero zdołał zawiesić się na kracie, podciągnąć i tak naprawdę niewiele zobaczyć. Czarna noc w towarzystwie mgieł snuła się po opustoszałym dziedzińcu. Zero świateł, zero ludzi, zero życia, co mogło rokować dobrze, ale również było na swój sposób podejrzane. Chociaż w obecnej sytuacji i tak nie miał zbytnio luksów, aby w nich wybrzydzać. Puścił więc metalu i począł poszukiwać po półkach czegoś, co mogłoby pomóc mu wykruszyć z cegieł okratowanie lub w innych sposób go zbawić.
I właśnie wtedy, gdy biegał od strony do strony, nagle utrącił stopą coś. Wrzask omal nie wyrwał mu się z gardła, gdy coś strzeliło, a ból niemalże ściął go z nóg. Rypnął na tyłek, ale bardziej zafrasowany był strzaskanym paluchem, niż własną godnością. Klął, skomlił, lecz właśnie wtedy z załzawionego widoku zdołał dostrzec kwadratowy kształt wyryty w podłodze z metalowym uchwytem, drwiąco sterczącym na sztos. Całkowicie zapominając o bólu, dopadł do klapy i co miał sił w chudych rączkach poderwał ją do góry. Z dołu przywitała go ciemność, a także zapach wolności — o ile wolność pachnie zgniłymi jajami i miejską kanalizacją.


Ignaś? 

sobota, 25 stycznia 2020

Od Narcissi cd Victariona

⸺⸺✸⸺⸺

Jasne ślady odznaczały się na skórze. Była w stanie je dostrzec, a może raczej wyobrazić je sobie, nawet jeśli światło pochodni z takiej odległości ledwo dawało radę wymalować sylwetki na tle masywnego budynku. Potrafiła również dostrzec przyszłość, fioletowo-zielone kwiaty wykwitające na jasnym ramieniu, które teraz sponiewierane zostało przez grube, mocno zaciśnięte na nim palce.
Widziała w niej siebie. Młodą, przerażoną, słabą. Poddaną silniejszej dłoni, uginającej się od bólu spowodowanego wbijającymi się w ciało paznokciami. Brudnymi, długimi, zaniedbanymi paznokciami mężczyzny dużo starszego i dużo silniejszego od niej samej. Będącej zmuszoną do ulegnięcia, bo przecież nigdy nie miała dorównać mu siłą fizyczną. Miażdżąca przewaga stanowiła w tamtym momencie przepaść, potężny kanion, nad którym nie sposób było zbudować most. Przynajmniej nie od razu i zdecydowanie nie samodzielnie. Aigis prawdopodobnie już nigdy nie miała zapomnieć widoku własnego oprawcy. Jednego z wyżej usytuowanych kapłanów, mężczyzny o świńskich, kaprawych oczkach, które od dłuższego czasu ciągnęło w stronę kształtów szkolącej się pod słońcem Nathoriego. Nie była pod nim, nie został przyznany jej jako wyższy, a mimo to uwielbiał wściubiać nos w jej sprawy. Pamiętał jej plan dnia, co początkowo nie wzbudzało szczególnych podejrzeń. W końcu zdawało jej się to nawet miłe, że ktoś się o to pokwapił, pragnął spędzać z nią czas i okazywał zainteresowanie jej osobą. Była młodą, głupią trzpiotką, a on dwudziestosiedmioletnim, bardzo atrakcyjnym mężczyzną. W dodatku usytuowanym na stanowisku kościelnym, a o dziwo ci cieszyli się największą popularnością wśród kobiet.
Może gdyby nie problemy moralne, jakie wzbudzała w niej ta relacja, poddałaby się urokom duchownego, tym samym popełniając największy błąd swojego życia, który odbiłby się jeszcze większą traumą, niż ta, którą szczyciła się aktualnie. Chwała jednak siłom wyższym, że zasady były, jakie były, a Narcissa należała do świętoszek pilnie trzymających się ustanowionych ram. Od zawsze poczuwała najwyższy obowiązek przestrzegania prawa, bez względu na wszelkie czynniki. Zdarzało się, że z tego powodu uważano ją za bezduszną, gdy odmawiała czegoś ludziom znajdującym się w gorszej sytuacji od siebie. Z czasem nauczyła się delikatnie naginać zasady, poruszać się nieco swobodniej, wciąż jednak kierując się podstawowymi wartościami i nie zakłócając tego, co spisane zostało w wielkich księgach, które studiowała za młodu i którymi regularnie się interesowała, czekając na potencjalne zmiany i luki, które mogłaby zacząć wykorzystywać.
Jej dylematy moralne uchroniły kobietę już niejednokrotnie. W tym właśnie tego jednego dnia, gdy z jednej strony wciąż zauroczona młodym kapłanem, doskonale wiedziała, jak wiele zakazów złamaliby ot, choćby pocałunkiem. Był od niej dużo starszy, a sama nie osiągnęła jeszcze pełnoletności. Na domiar złego wciąż znajdowali się na terenach świątynii.
Jednak co najważniejsze, chyba wcale nie chciała do niczego z nim doprowadzać, podczas gdy on liczył na zdecydowanie zbyt wiele, na co wskazywały chętne dłonie, które dobrały się do Aigis wkrótce po tym, jak drzwi od jego komnaty zostały zamknięte na klucz, a sama kobieta przyparta do biurka. Nie pamiętała dużo z wydarzeń tamtego dnia, nie licząc ust na szyi i silnych dłoni, które pozostawiły na jej nadgarstkach pełno fioletowych pąków. Pamiętała również chłodny umysł, prędkie wycelowanie w krocze mężczyzny, a następnie pochwycenie leżącego przy jej dłoni noża do otwierania listów. Tępy, krótki. Paskudnie nieporęczny. Mimo to zdołała go przyprzeć, kolanem unieruchomić zbyt śmiałą dłoń, a następnie ją urżnąć. Szło to długo, opornie, a dla mężczyzny katorżniczo. Miecz, a takowy nożyk, to zdecydowanie dwie różne sprawy i nie miała zamiaru o tym zapomnieć. Wolała jednak długie ostrze, którym wystarczyło dobrze się zamachnąć, by w chwilę przeciąć większość tkanek. Przy tamtym sztylecie doskonale wyczuwała każdą kolejną warstwę, z jakiej zbudowany był mężczyzna. Skóra. Mięśnie. Kości. Czasem się zacinało, czasem przeskakiwało prędko, niespokojnie, jakby pragnąc dotrzeć już głębiej w ciepłą masę. Ciało skończyło poszarpane, kobieta ubrudzona szkarłatną cieczą, a kapłan prawie utopił się we własnych łzach i glutach. Napuchnięte oczy wydawały się jeszcze mniejsze, niż zazwyczaj, a on sam zbrzydnął tak bardzo, by wywołać uśmiech na twarzy Aigis, która nie uraczyła go nawet słówkiem. Zwyczajnie wyszła, już wiedząc, że należy zmierzyć do swojego pokoju i zacząć się pakować.
Możliwe, że w tamtym momencie zaczęła nieświadomie walczyć nie dla Nathoriego, lecz dla każdej kobiety, która znalazła się w sytuacji podobnej do niej. W ślepym zaułku otoczona przez przyduszającą wręcz świadomość, że ten, kto znajduje się naprzeciw ciebie, jest po prostu silniejszy. Od niej również. Bolało ją to, jednak nauczyła się walczyć nie jak lew, a lis. Szczwany, wykorzystujący każdą sytuację, szukający niedociągnięć w taktyce przeciwnika. Była gotowa również teraz, zsuwając się z Onyksa i obserwująca uważnie wymianę słów między Vicarionem a mężczyzną z blizną na twarzy i blondynem.
Pięść Caldera zmierzyła zaskakująco prędko w stronę twarzy pyskatego chłopaka, podczas gdy dłoń Aigis dobyła miecza. Mäyrä w tym krótkim ruchu momentalnie rozszczepił światło pochodni, przypominając o obecności kobiety, gotowej do podjęcia działań, które zdecydowanie nie miały zamiaru być gorszymi od zdumiewającego ataku ze strony Victariona.
Przyglądnęła się dokładniej po raz ostatni czwórce mężczyzn, dokładnie analizując sytuację. Drab z blizną na twarzy szarpiący kobietę, blondyn, który starał się wypluć krew z ust, stojący niepewnie chłopak, dość krępy i jeszcze jeden, któremu nie potrafiła dokładniej się przyjrzeć. Chociaż chciała bardzo przystąpić do ataku na Szramę, wiedziała, że bezpieczniej będzie rozprawić się pierw z chłoptasiami, którzy...
Brzęk metalu uderzającego o kryształ zadzwonił donośnie. Aigis przeklęła pod nosem, rozkojarzyła się na chwilę, jednak właśnie ten moment zaważył o czasie jej reakcji i doprowadził do tego, by atak poprowadzony przez kolejnego dryblasa, tego, którego nie była w stanie dostrzec, został przez nią źle sparowany. Krzywo. Broń kobiety odskoczyła, dając mężczyźnie dodatkową chwilę na wyprowadzenie kolejnej ofensywy. Zostało jej odskakiwać, licząc tylko na to, że nie wpadnie przypadkiem na Onyksa. Trudno było jej określić, czym konkretnie atakuje mężczyzna. Na dobrą sprawę miecz w jego dłoniach mógł wyglądać jak sztylet. Był duży, a mimo to zaskakujący szybki i mobilny. Ona natomiast nie potrafiła utrzymać równowagi ani nabrać własnego tempa, dostosowując się wciąż do rytmu kroków mężczyzny. Pierwsza inicjatywa całkowicie ją wybiła, a kobieta nie potrafiła w tym wszystkim odnaleźć dobrze znanego schematu. W końcu jednak, po kolejnym kroku w tył, jej stopa znalazła stabilne oparcie, Aigis stanęła pewnie i równie stanowczo sparowała kolejny atak przeciwnika. Tym razem z sukcesem i na tyle skutecznie, by piłeczka znalazła się po jej stronie i to ona mogła sieknąć mieczem.
Jednak jego refleks, czas reakcji i motoryka ciała nie miały zamiaru dać za wygraną. Z łatwością blokował każdy jej ruch, prędko wykonując własny, nadając tym samym zabójcze tempo wymiany ciosów. Zaciął ją w policzek, wystarczyło do tego jedno machnięcie dłuższą łapą wyposażoną w ostrze. Charakterystyczny dźwięk wymiany uderzeń zdawał się nie mieć końca, trwać nieustannie, wypełniając krystalicznym brzdękiem uszy Aigis. Stwierdziła, że stęskniła się za tym dźwiękiem, dość przyjemnym, stanowiącym atrakcyjną odskocznię od metalicznego stukotu. Widziała parszywy uśmiech malujący się na twarzy mężczyzny. Jeszcze jeden blok płazem miecza. Jeden krok w przód. Znajome uczucie pokonywania resztki dystansu. Wystarczyło wyciągnąć dłoń, pozwolić by miecz przeciął powietrze, by zetknął się z ciałem napastnika. To jednak, zamiast poddać się ataku ostrza, skończyło, upadając z impetem na ziemię, przygniecione przez czarną, gęstą masę, która zdawała się nieco rozpływać w powietrzu. Dwa czerwone punkty znajdujące się blisko twarzy dryblasa, teraz leżącego dobrze trzy metry od Aigis, zdradziły wszystko. Kobieta wypuściła nagle powietrze nosem, nadając mu znajomy świst. Oburzone spojrzenie padało na Khardiasa, który w najlepsze zajmował się właśnie łotrem niebędącym w stanie wydusić z siebie nawet słowa. Jedynie niespokojnie rzucał się pod naporem większego, cięższego ciała.
— Już go miałam, Kha — warknęła głośno. Bies zignorował słowa kobiety, prawie jak zawsze, gdy wlatywał z impetem w wir walki. Kobieta rozglądnęła się po okolicy, szukając Caldera, chcąc nie chcąc, musiała sprawdzić, jak miała się sprawa, odkąd przez ostatnie kilkadziesiąt sekund, może nawet i z minutkę czy dwie, nie była w stanie dostrzec niczego innego, poza ostrzem giganta, którego nie mogła spuszczać z oczu, jeśli chciała wyjść z sytuacji cało.

⸺⸺✸⸺⸺
[Vic?]

piątek, 24 stycznia 2020

Od Kai CD Desideriusa

Znała ten typ spojrzenia. Miękkie, rozlazłe jak rozgotowane kluchy, niby nic, a jednak coś, coś, co skryło się za kurtyną pozorów i udawania, że przecież wszystko gra, jest na swoim miejscu. To coś było ostre, doskonale naostrzone, by być w gotowości, by przeciąć skały jak masło, gdyby tylko powiedziało się coś nie tak, dobrało się nieodpowiednie słowo. Możliwe, że błękitna stal oczu Desideriusa jedynie potęgowała to wrażenie.
— Wszystko dobrze, Kai.
Znała również te słowa. Najczęściej wypowiadane były przez ludzi z dosyć ciężkimi problemami na karku. Dziewczynka ze łzami w oczach, która dopiero co spadła z drzewa. Według miejscowego lekarza łamana ręka. Nastolatek ze złamanym sercem, następnego dnia przyszedł się jej wyżalić oraz, jak się późnej okazało, pierwszy raz spróbować alkoholu. Bogaty szlachcic wypowiadający te słowa do swojej żony, leżąc na podłodze i krztusząc się własną krwią, ze sztyletem po prawej stronie klatki piersiowej (skrytobójca był totalnym idiotą, dlatego też zapomniał, gdzie dokładnie znajduje się serce, a zamach przeprowadzał na widoku, w samym środku przyjęcia weselnego córki owego szlachcica – na szczęście dla swojej misji, trafił w płuco, na swoje nieszczęście bełt kuszy trafił w jego czaszkę). Niektórzy ludzie z pergaminową skórą i mglistym spojrzeniem, spoczywając na łożu śmierci. Poparzeni przez szalone smoki ojcowie, spoglądając na roztrzęsione gromadki własnych dzieci. Naburmuszone maluchy ze szklistym spojrzeniem, bo dopiero co odmówiono im cukierka, nawet jeżeli były jeszcze przed obiadem.
Ona sama, do M, gdy jeszcze zdarzało się jej wpaść w dziwny stan zadumy przepełnionej melancholią oraz smutkiem. I vice versa.
Dlatego też nie wierzyła w słowa Coeha, pozwalając jednak osiąść im pomiędzy nimi. Bo to charakterystyczne zdanie wręcz wymuszało spokojne przyjęcie, powitanie jak starego znajomego. Bez rozgrzebywania, bez szukania dziury w całym. Miała to zrobić kiedy indziej. Teraz jednak, nawet nie westchnęła z zawodem. Po prostu skinęła głową.
— Przyzwyczajenie. Znałem ludzi, którzy potrafili wściec się z najbardziej błahych powodów. — Prychnęła w odpowiedzi, może i nie ukrywając nawet swojego oburzenia. Przecież ją znał. Przecież wiedział, że nie wściekała się z najbardziej błahych powodów. Z tych mniej błahych również. Ona w ogóle się nie wściekała.
Zielone spojrzenie ciekawsko podążyło za dłonią, która podrapała policzek, miejsce przed chwilą jeszcze muskane przez jej własne palce.
— Aż tak źle to wygląda?
Parsknęła śmiechem, gwałtownie kręcąc głową. Kręcone loki poruszyły się niby w zwolnionym tempie, chwilowo przysłaniając widok, dzwonki zawtórowały wesoło. Ustawiła się w końcu za nim, ponownie sięgnąwszy po nożyce. Poruszyła palcami, ułożyła je odpowiednio.
— Przecież nie powiedziałam, że wygląda to źle — mruknęła, pochylając się w kierunku ucha mężczyzny. — Powiedziałabym, że wręcz przeciwnie. Oczywiście trzeba byłoby tu i ówdzie coś poprawić — stwierdziła, przekręciła głowę, prawdopodobnie kręcone loki weszły pomiędzy wargi chłopca czy przysłoniły mu widok. Nie przejęła się tym nawet na moment. — Odważyłabym się nawet stwierdzić, że jeszcze odrobinę zapuścić i byłby z ciebie niezły casanowa. Oczywiście — gwałtownie ustawiła się nad nim, po czym zajęła się robotą, bo kiedyś w końcu trzeba — gdy tylko ogarniemy to, co dzieje się na twojej głowie. Zobaczysz, skromnie stwierdzając — tu palcami zwinnie przejechała tuż przed uszami Desideriusa, ten podskoczył zaskoczony tak nagłym ruchem — będzie obłędnie.

czwartek, 23 stycznia 2020

Od Desideriusa cd Kai

⸺⸺※⸺⸺

Czasami zapominał ugryźć się w język i przełknąć te kilka gorzkich, najczęściej dla niego samego słów. Chociaż prawdopodobnie, gdyby miał robić to za każdym razem, kiedy coś nie na miejscu chciało uciec mu z piersi, już dawno skończyłby z językiem bardzo poturbowanym, albo nawet i bez niego. Pocieszył się więc, że może nie było to aż tak złe, jak mogło się to pierwotnie wydawać i zdecydowanie bardziej woli wciskać sobie w głąb gardzieli przykre wyznania, niż oblepiony metaliczną w posmaku krwią, mięsień. Zerknął na nią z dołu, nie mając odwagi nawet na to, by mocniej zadrzeć głowę. Jedynie jego oczy podążały za celem, całe jego ciało pozostawało niewzruszone, jakby przepełnione obawą przed popełnieniem kolejnego, ryzykownego ruchu, który mógł zaważyć o jego być albo nie być w tamtej chwili.
Powoli zaczęło go niego docierać, że w rzeczywistości obawiał się nieco towarzystwa Kai. Sama jej osoba jednak go nie zastraszała, nie sprawiała, by poczuł się niekomfortowo. Źle. Nie na miejscu. Desiderius, siedząc tak przy Kai, nie czuł żadnych barier, jakby tematy tabu go nie dotyczyły, a sam przesiadywał właściwie z kimś, z kim zdołał zeżreć beczułkę soli. Bał się właśnie tego. Tej nieregularnej, rozmytej formy Desideriusa, która pojawiała się w jej obecności. Mieszające się to, co chciał pokazać, a co miało pozostać ukryte na wieki wieków w najgłębszych czeluściach jego świadomości. Jeden wielki miszmasz złożony z dziesiątek Coehów, które przewinęły się przez jego świadomość w ciągu dwudziestu siedmiu lat, jakie spędził na ziemi, tułając się od miejsca do miejsca, od gospody do gospody, przez miasta i wsie, ostatecznie lądując w gildii. Zielony płomień zwyczajnie przenikał wszystkie ściany, które zdążył wokół siebie wybudować i umocnić w związku ze wszystkimi sytuacjami, które spotkały go w życiu. Był pewien, że już nikt ani nic nie przedostanie się do środka jego duszy, nim na to nie powoli otwierając szerokie wrota stojące na środku przeklętego labiryntu usnutego z obaw, lęków i wartości, jakimi się kierował.
Poczuł złość. Czystą irytację spowodowaną przez siedzącą przed nim kobietę, która miała czelność zniszczyć wszystko, nad czym tak pieczołowicie pracował. Co pielęgnował i dopieszczał, pilnując siebie, jak i szczegółów swojego tworu, bo mała szczelina mogła doprowadzić do efektu domina, rujnując jego mały, zrównoważony i może nieco wyimaginowany, świat, w którym żyło się po prostu wygodniej, lepiej. Spoglądał na własną dłoń, tę, która przed chwilą obejmowana palcami kobiety, stanowiła kolejny kamień milowy, kolejne symboliczne wyburzenie ściany. Ogień przeżerający wszystko, co napotkał i powoli parzący Coeha, który kuląc się gdzieś na środku, mógł jedynie obserwować upadek jego imperium. Małego azylu. Ziemi obiecanej przez chuj wie, kogo.
Blada ręka zacisnęła się w pięść, ścięgna na niej się uwydatniły, a mętne spojrzenie opadło na chwilę na jego uda, nieco zrezygnowane, może nawet i bez wyrazu, choć zdecydowanie przepełnione zmęczeniem. Jednak gdy podniósł je na Kai, delikatnie złagodniało. Nabrało charakterystycznej, stalowej, może nieco zabarwionej błękitem barwy, subtelnie błysnęło w łunie wpadającego przez okno światła. Nie tak pięknie, jak zrobiłyby to oczy piwne, na których rozlałaby się poświata w kolorze najwyższej jakości miodu, lecz wciąż sprawiały wrażenie ładnych. Przenikliwie jasne niczym śnieg rozciągający się za oknem, skrzący się podobnie jak tęczówki Coeha.
— Wszystko dobrze, Kai — odparł cicho, uśmiechając się i nawet nie potrzebował się do tego szczególnie wysilać. Przyszło mu to z łatwością, może nawet i stało się to mimo jego woli. Strzelił kostką w lewym palcu wskazującym, krzywiąc się na charakterystyczne uczucie przeszywające jego dłoń, a następnie rozprostował dłonie i już całkiem spokojnie oparł się łokciami o własne kolana, zadzierając mocno głowę, by wciąż móc spokojnie zerknąć na kobietę. — Przyzwyczajenie. Znałem ludzi, którzy potrafili wściec się z najbardziej błahych powodów — dodał, wypuszczając nieco mocniej powietrze z piersi.
Jego palce powędrowały mimowolnie do własnego policzka, zaczęły go gładzić i drapać, przekonując się tylko, ile prawdy było w słowach Montgomery, która nie mogła oszczędzić sobie komentarza na temat jego wyglądu, który nie dotyczyłby tylko armagedonu, jaki miał na głowie. Czysta, ukochana złośliwość, której nie potrafił się oprzeć, bez względu na to, jak bardzo by się nie pilnował i jak mocno nie starał się po prostu jej wyprzeć.
— Aż tak źle to wygląda? — dopytał, nie ściągając ręki z własnej twarzy, ba, jeszcze mocniej przytulając ją do szorstkiego lica. Gdyby mógł, z łatwością zapuściłby brodę, którą mógłby chwalić się przed ludźmi. Dobrze rósł mu do tego zarost, w przyjemnym do odbioru kształcie. Niezbyt obszerny, odcinający się prawie idealnie równą linią. Może dorobi się jej na stare lata, kończąc jako zdziadziały zielarz mieszkający pod chmurką w głębi lasu, którego brodą spokojnie okryć można by było stadko dziatek w chłodniejszą noc. Pociesznie brzmiał mu ten pomysł, stwierdził więc, że stanowi to dość dobrą alternatywę na wypadek, gdyby wszystkie jego inne plany, których notabene jako takich nie posiadał, nie wypaliły.

⸺⸺※⸺⸺
[Kai?]

środa, 22 stycznia 2020

Od Desideriusa cd Nakigitsune

⸺⸺※⸺⸺

Ludzie nie mają wkodowanej gotowości na stawienie czoła demonom przeszłości. Zazwyczaj obawiają się tego, co miało już miejsce, tak samo, jak przeraża ich myśl o przywołaniu pewnych wspomnień, szczególnie tych wywołujących ból i charakterystyczny rodzaj ucisku w piersi.
Desiderius w przeciągu ostatnich kilku miesięcy mierzył się z nimi zdecydowanie zbyt często. Pozwalał, by pożerały go kawałek po kawałku, oszczędzając jedynie niesmaczne kąski, które niedługo miały stanowić nową całość Coeha. Echo tego, co było przytłaczało go, nie mógł skłamać na ten temat. Czuł się mały w porównaniu do tego, co nawiedzało go każdej nocy. W porównaniu do jeszcze jaśniejszej od jego sylwetki, o wiele większej, groźniejszej, a mimo to elastyczniejszej i łagodniejszej, niż ta jego. Zdawać się mogło, że ociosana, surowa. Desiderius zdawał sobie sprawę z tego, że jego ciało sprawiało takie wrażenie. Zaniedbane, trochę jak zwykła skała znaleziona nad wodospadem. Wydrążona przez czas, zapomniana przez ludzi zachwycających się w tej samej chwili marmurem, bądź innym, atrakcyjnym surowcem.
Wszystko, co już się wydarzyło, co było dawno i nieważne, goniło go. Pędziło z wywalonym ozorem, nie pozwalając mu na to, by zwolnił, chociaż na chwilę. Więc biegł przed nim, uciekał, gubiąc czas i pozwalając, by przelewał mu się przez palce. Przesypywał jak drobny piasek przez cienką szyjkę klepsydry.
Wiedział również, że nie będzie w stanie zawsze tak uciekać. Nareszcie zabranie mu sił, zmusi go do zatrzymania i oglądania z bliska, jak dopada go. Przydusza dużą dłonią, owija się nią wokół szyi jak wąż. Przyciska do ciała i bluzga, cicho, prosto na jego ucho, pozwalając, by tylko on dosłyszał wszystkie przekleństwa, jakie białowłosy miał zamiar skierować w jego stronę od kilku lat.
Nigdy nie sądził jednak, że przeszłość dopadnie go tak prędko, w tak zastanawiającym i mało przewidywalnym momencie. W trakcie spaceru, na chłodnym, rześkim powietrzu w akompaniamencie skrzypiącego śniegu i skrzącego się na liściach szronu.
Brodził przez zaspy, naciągając kaptur na głowę, tak ciasno, jak było to tylko możliwe. Pozostałe strzępy włosów nie pozwalały mu na utrzymanie temperatury, temu też doszedł do wniosku, że należałoby zaopatrzyć się w czapkę, a przynajmniej nauszniki, odkąd nie chciał dopuścić do odmrożenia uszu. Zima zawsze bywała sroga w tych okolicach. Pamiętał dobrze wiele wieczorów spędzonych przy kominku i smacznym grzańcu, oba na tyle rozgrzewające, by chociaż na chwilę być w stanie zapomnieć o panującym za oknem armagedonie, istnej śnieżycy, która dawała o sobie się we znaki jeszcze długo, zmuszając do odkopania wszystkich ścieżek w okolicach gildii. Przynajmniej warunki pogodowe nie odcięły go od reszty świata, jak to miało miejsce, gdy jeszcze zamieszkiwał swoje rodzinne miasteczko. Nazwali ją wtedy zimą stulecia, najostrzejszą, jaką miał zaszczyt widzieć ten świat. Nawet konie pociągowe nie były w stanie uciągnąć za sobą kuligów, nie wspominając o samodzielnej podróży do oddalonych miast, podróży, która dla śmiałków, którzy mimo zakazów, nakazów, czy zwykłych rad w nią wyruszali, miała być ostatnią. Pewna była natomiast jedna rzecz. Odejście ich z tego świata, z pewnością zapowiadało się na jedne z piękniejszych. Opatulonych czystą bielą, błękitem załamującego się światła, soplami zwisającymi z szerokich gałęzi drzew, niczym kryształowe żyrandoli na najbardziej wyszukanej sali balowej. Całej w marmurze, nieskazitelnej, gotowej na przyjęcie wielu gości pochodzących z zupełnie odległych zakątków kontynentu, a jednak stawiających ich wszystkich na równi. Traktującej tak samo. Z porównywalnym chłodem i dobitną wręcz bezwzględnością. Czy w końcu nie to czekało ich wszystkich? Każdego, kto miał czelność postawić stopę na początku zaplutego korytarza. Coeh mógł przyglądać się wspaniałemu pomieszczeniu z zewnątrz. Zaglądać do środka przez wąskie, wysokie okno, wspinając się na palce, a mimo to wciąż będąc w stanie wyglądnąć lekko ponad parapet, chociaż przecież wcale nie należał do niskich osób. Posiadał jedynie urywek obrazu tego, co go czeka, jednak nie przejmował się tym, co stało za grubą ścianą. Tajemnica miała pozostać nią jeszcze na długo, a on nie pragnął dążyć do rozwikłania jej szybciej, niż to konieczne.
Białe języki wygrywały cichą melodię wraz z kolejnymi podmuchami wiatru. Sople dzwoniły, gdy gałęzie delikatnie się poruszały, a rytmiczne skrzypnięcia śniegu nadawały całości swego rodzaju beztroski i poczucia kontroli nad sytuacją. Przyjemna dla uszu muzyka nie miała jednak prawa zawitać dłużej w tym zimnym, parszywym świecie. Zamilkła prędko, speszona widokiem, jaki zawitał przed oczami Coeha. Przerażona przeszłością, która najwyraźniej nie wywoływała takiego szoku już tylko na mężczyźnie, który wlepiał nieco wymięte z uczucia spojrzenie na pofałdowany, lodowy krajobraz. Czasoprzestrzeń zagiętą przed właśnie tą przerażającą go Przeszłością, która jak gdyby nigdy nic wylegiwała się w głębokim, miękkim śniegu.
Jego Echo było równie jasne co puch i prawdopodobnie, gdyby nie ciemna szata, nigdy nie zdołał jej dojrzeć. Echo wyróżniały jedynie sine palce, kurczowo zaciskające się przy ciele i usta, wyziębione, spierzchnięte usta podobnego koloru.
Nie był gotowy na to, by zobaczyć, jak blada sylwetka powoli tonie w chłodzie, prawdopodobnie nigdy też nie będzie, a mimo to nie czuł zła, żalu, czy rozpaczy. Czuł przeszywającą pustkę, która wypierała z niego każde prawdopodobne uczucie. Wrażenie bezsensu, braku znaczenia i jakiejś dziwnej marności otoczyło go aurą, grubą skorupą, która nie przepuszczała niczego poza tlenem. Nie dusił się. Nie czuł ciężaru na piersi. Nie czuł nic, czego mógł spodziewać się po tej chwili, gdy przed oczami zamajaczyć miała mu osoba dwudziestoparoletniego Alexandra.
Może wspinał się na palce aż zbyt wyraźnie i go zauważono? Czy tak miały wyglądać jego ostatnie chwile? Pogrążone w jakiejś dziwnej, przedziwnej halucynacji, gdzie wszystko miało po prostu pokazać mu, jak wiele stracił?
Złote oczy błysnęły. Niewyraźnie, wciąż zamroczone przez słodkie wspomnienie snu.
— Dostojny przybyszu, zabierz mnie do ciepłego miejsca.
Duch Alexandra zniknął, zastąpiony przez jego marną podobiznę. Niedokładne widmo, które rozmywało się przed Coehem, nie wybijając się wcale na zimowym krajobrazie. Nie licząc malunków, krwistoczerwonych znamion pod zasnutymi sennymi marzeniami ślepiami mężczyzny. Desiderius odepchnął od siebie jego rękę. Delikatnie, a mimo to dość stanowczo, czego jak dotąd nigdy nie miał w zwyczaju.
Możliwe, że od momentu pozbycia się włosów, zaczął czuć się jak bandzior. Meliniarz najgorszej postury, menda szlajająca się szemranymi alejkami w środku nocy. Nieciekawy typ. Co prawda jego charakter wciąż pozostawał niezmienny, a mimo to ten nagły napływ poczucia pewności siebie nie miał zamiaru znikać, wręcz narastał z każdym dniem. Dodawał mu skrzydeł, przekonywał, że nie na zawsze pozostanie szarą myszką, która czając się gdzieś w rogu pokoju, nie umie o siebie zawalczyć.
— Rozbudź się i chodź ze mną — powiedział jedynie, zauważając, jak bardzo wyziębiony był mężczyzna. Nie potrafił odmówić sobie udzielenia pomocy, moralność nakazywała mu podać dłoń, zaopiekować się człowiekiem będącym w takim stanie. Na skraju wyziębienia, sinego, ale przynajmniej niesczerniałego od martwych tkanek. — Kto do jasnej cholery urządza sobie drzemki w takich okolicznościach — warknął, niby do siebie, jednak na tyle głośno, by nierozsądny mężczyzna mógł go usłyszeć.
Nawet Alexander był bardziej rozważny od tego tu.
Skrzywił się przelotnie, czując, jak grymas jest wręcz niezbędny w zaistniałej sytuacji. Tak dziwnej. Specyficznej i niespodziewanej. Powiedziałby nawet, że głupiej.

⸺⸺※⸺⸺
[Naki?]

Od Blennena C.D.: Desiderius

Bułeczka cynamonowa. Jedna, mała, ciepła bułeczka. Dlaczego miałoby go to w ogóle obchodzić? Dlaczego miałoby go obchodzić co robił Desiderius gdziekolwiek i kiedykolwiek? Dlaczego właściwie go obchodziło?... Otóż odpowiedź nie istniała. Nie potrafił sobie jej przypomnieć ani nie potrafił jej jakkolwiek odnaleźć. Zmiękł. Wcześniej przestraszony, teraz całkowicie przeniesiony do innego świata. Perfumy matki? Nie. Czy aby na pewno chciał pamiętać poszczególne symbole, które prowadziły całkowicie donikąd? 
- Zima, śnieg i czekolada, którą kiedyś dostałem. Jeszcze zanim zacząłem treningi, jeszcze wtedy, gdy pozwalano mi spędzać czas jako dziecko, być nikim i w tym samym czasie ogromnym kimś. Mróz, czerwone policzki, szeroki uśmiech, czekolada rozgrzewająca cały przełyk i jej zapach, para unosząca się z drewnianego kubka, który niegdyś uwielbiałem. Miał wystrugane moje imię i dwoje uszu. Potem mój ojciec się go pozbył, a ja od tamtego czasu nie piłem już rozgrzanej czekolady. – powiedział po chwili cicho, uwalniając szczyptę swojego żalu, bólu i gniewu, który rodził się z czasem dorastania, kierowany jedynie w stronę dorosłych narzucających mu ścieżki, jakimi ma podążać. 
A teraz Desiderius zmusił go do powrotu do dzieciństwa. Ich pałac, zasypany śniegiem. Ścieżki, które latem pokrywa jedynie kamienna wysypka – nie istniały. Drzewa, zawsze zielone, oblepione liśćmi szerokimi i grubymi jak plastry sera, również zniknęły. Jedynie nagie gałęzie bujały się w rytm tańca wiatru. Śnieg prószył za dnia, jak i nocą. Całe dachy dawno pokryte były grubą warstwą pierzyny. W oknach tlił się przyjemny kolor ognia w kominku oraz biła z nich łuna lamp. Matka sączyła czerwone wino grzane z kielicha w swej sukni wieczorowej, delektując się przy okazji książką z poezją. Służący przechadzali się po korytarzach, a z kuchni nawet na dworze czuć było wspaniałe mięsne wypieki, zdobycze z polowania. Myśliwi i wojacy stanowali wtedy w pokoju, który zadymili tytoniem, ale matce to nie przeszkadzało, żony myśliwych chichotały w drugim kącie pokoju, w którym się znajdowała. Sama doskonale potrafiła zaaranżować swój czas, a plotki niekoniecznie należały do jej zainteresowań. W pewnym sensie gardziła długimi jęzorami kokoszek, „toć to nie targ” mawiała, gdy wszystkie damy wyjeżdżały z ich posiadłości. W tym samym zaś czasie, Blennena nikt nie był w stanie zatrzymać, ani powstrzymać od turlaniu się po lodowatym śniegu. Po drodze za bramą sunęły kuligi. Zdyszane, ale szczęśliwe konie, którym piana lała się z pysków, parowały podczas szaleńczego biegu. Dzieci i dorośli siedząc na saniach wszelkiego pokroju śmiali się, chichotali, krzyczeli wtórując przy tym pochodniami. Tamtego wieczoru z kuzynostwem i młodym jeszcze rodzeństwem biegał po białym puchu, lepił bałwany, tworzył domy z lodu i rzucał śnieżkami. Raz nawet jedna z kuzynek wepchnęła go do zaspy i udawała, że nie ma pojęcia kto to zrobił. Blennenowi nie było wtedy do śmiechu, bo śnieg miał wszędzie pod ubraniem. Jego mokre od potu włosy pod czarną czapeczką z puchem lśniły strąkami wystającymi spod niej. Z ogromnymi rumieńcami na twarzy ganiał inne dzieci, a potem to on był goniony. Nie zwracał uwagi na nic. Był taki szczęśliwy, taki… szczerze radosny. W końcu zatrzymali się, gdy słońca nie było już prawie widać. Zza bramy spoglądali na pędzący kulig z zaprzęgniętymi karymi końmi zimnokrwistymi. Miały takie piękne szczoty nad kopytami. Całe parowały, charczały i ruszały chrapami. Za nimi kolejne sanie i saneczki, potem następna para potężnych klaczy, tym razem siwych jabłkowitych i kolejne, tym razem kasztanka z karuską. Jego oczka dziecka powiększały się tylko odbijając blask ognia. A śnieg prószył. I prószył. I wciąż prószył. Wtedy poczuł delikatny uścisk na ramieniu. Służka Serenia, która trzymała tacę z kubkami, ale żaden nie miał na sobie imienia, żaden nie był drewniany – tylko jego, Blennena. Ten był najpiękniejszy, z najcenniejszym dla dziecka napojem, a jak pięknie ulatywała z niego para rozprzestrzeniająca się potem gdzieś w powietrzu, rozrzucona pędząca do nieba, do chmur. Uśmiechnął się wtedy jeszcze szerzej. Potrafił to robić. Co więcej, robił to szczerze, tak szczerze jak tylko taki berbeć potrafi. Nie sparzył ust. Podmuchał swoją porcyjkę, a dopiero potem umoczył sinawe od chłodu usteczka. Oh, cóż to był za smak. Fantastyczny jak poezja, jak woda dla spragnionego, jak najwyśmienitszy posiłek, wspaniały słodycz. Sama finezja. Pił ją wolno, delektował się, rozczulał nad smakiem i biegnącymi końmi. Wszyscy byli równie mocno zapatrzeni. I z nich unosiła się para, z małych upoconych po dniu swawoli ciałek. Kiedy dopił czekoladę odstawił ulubiony kubeczek na tacę Serenii, siwej, wysokiej i szczupłej, zawsze uśmiechniętej, ale niewiele mówiącej służce i poszedł obok niej, gdy wracali do pałacyku. Wciąż omiatał wzrokiem piękne fałdy śniegu, aż dotarli do drzwi. Wielkich wrót z drewna i wieloma klamrami ozdobnymi. Przeszli przez nie, by mógł udać się do łaźni, wziąć ciepłą kąpiel, a następnie zasiąść do wspólnej kolacji. Czar prysnął, gdy przekroczył próg domu. Cała ulotna chwila dnia zniknęła, a dziecięce wizje zaczęły zacierać się z każdym dniem. Wtedy jeszcze nie doceniał piękna owej chwili. Przypomniał sobie o niej właśnie teraz. Uziemiony, ranami przywiązany do łóżka.
- Zatem będę musiał ciężko pracować, gdy wrócę do zdrowia. Ciężej niż zazwyczaj. Morderczo. – warknął na tyle srogo, na ile pozwoliło mu wyschnięte i zmęczone gardło.
Może faktyczni zabrzmiało to jakby miał pretensje do Desideriusa, ale nie taki był jego zamiar. 
- Dlaczego pytasz mnie o takie bzdety? Kto zwraca na to uwagę? To przeszłość. Dzieciństwo, ono nie wróci. Już dawno trzeba było dorosnąć. – dodał po chwili, sam dokładnie nie wiedząc czemu.
Źle, wiedział dlaczego. Poczuł, że jego serce na chwilę zaczęło się roztapiać, a przecież nie mógł na to pozwalać. Wypracował sobie pewien wizerunek. Stworzył odpowiednią dla siebie maskę, którą miał nosić już zawsze. Taki był plan, takie było postanowienie. Nie mógł przecież opuszczać gardy. Tego nigdy się nie robi. Poczuł po chwili nieco mocniejszy ucisk, zapewne ten, o którym miał informować aktualnego opiekuna. Jakim wojem jednak by był, gdyby przejął się taką drobnostką? W aktualnym stanie, zmrużył jednak nieco oczy. Jakby zawarł kompromis z ciałem, nie może drgnąć, ale dla uważnego oka dało oznakę przelotnego bólu. Po chwili odwrócił również nieco głowę z grymasem na twarzy. Nie był to do końca malunek gniewu, może bardziej zgryźliwości, która powstała u niego, gdy przypominał sobie o przeszłości, którą dawno starał się już z owej pamięci wymazać..
[Desideriusie?]