niedziela, 25 sierpnia 2019

Od Elry cd. Adonisa

Milczała, obserwując ze zmarszczonymi w konsternacji brwiami, jak pozbawiony nogi mężczyzna odstawia lekkodusznie swoją podporę, która w opinii Elry była jedyną przyczyną, dla której medyk nie padł jeszcze na ziemię jak długi. Zauważyła protezę, nie była w końcu ślepa, jednak wzięła ją za zwykłą ozdobę, nikłe oszustwo, które pozwalało na lepsze i efektywniejsze przetrawienie widoku kulawej postaci, jednocześnie tego faktu nie zakrywając. Przyzwyczajona była, iż rzeczy piękne służyły jedynie dla oka, dekorując otoczenie, jak sprawa się miała z obrazami, rzeźbami. Dlatego odrzuciła w głowie możliwość, że fałszywa kończyna może w istocie zastępować tą prawdziwą, utrzymując właściciela w idealnym pionie. Zaskoczyło ją lekko to odkrycie, co sprawiło, że dyskretnie co jakiś czas zerkała na dziwny wynalazek, zastanawiając się bardziej nad filozoficznymi pytaniami, które rodził w jej umyśle, niźli samym mechanizmem.
Można w to wierzyć lub nie, kobieta poczuła się jednak zwiedziona i oszukana, a przez to odrobinę dotknięta. Na co przydać się więc miała jej pomoc całkowicie sprawnemu medykowi? Gdyby ową wiedzę posiadała kilka minut temu, nie zaoferowałaby jej, podając mu wszystkie dzierżone przez nią księgi, proponując jedynie wartę przy jego lasce. Z drugiej strony równie dobrze mógł nie przyznawać się do aktorstwa jakie włożył w udawanie kaleki, pozwalając jej taszczyć za sobą tomiszcza. W obu przypadkach nie marnowałaby czasu, przynajmniej nie w jej mniemaniu i czułaby się potrzebna. Jednak dobre maniery zmusiły mężczyznę do odciążenia tej uczynnej damy i to również one zamykały usta zainteresowanej, gdy myślała o odmowie. Wypuściły tylko krótkie “jak uważasz” i pchnęły ją na korytarz, ciągnąc ją tuż obok sprawnie idącej postaci, mając w rękach tylko jedną, dość lekką księgę.
Paradoksalnie preferowała osoby szorstkie, oschłe i niemiłe. Takie, które fukały na nią z pogardą, gdy czegoś od nich potrzebowała albo obrażały, gdy wyciągało się do nich pomocną dłoń, jak Xavier albo Leonadro. Wtedy nie musiała silić się na wymyślne rozmowy, które zapełniłyby ciszę, byleby tylko zabawić osobę koło niej, wymieniać się męczącymi niekiedy podziękowaniami, przepraszać za mniejsze przewinienia czy przejęzyczenia. Albowiem podczas ataku mało myślało się o swojej postawie i zachowaniu. Nie musiała wtedy dorównywać do wysokiego poziomu towarzysza, a słowa płynęły swobodniej, nie zatrzymywane i niefiltrowane przez uprzejmość czy maniery. Poza tym, grzeczność w takich sytuacjach nie wydawała jej się wymagana, więc gdy ją mimo to zachowywała, dawała ona poczucie wyższości, która pompowała jej pewność siebie. Jednak w tamtym momencie nie czuła się ani wyjątkowo, ni komfortowo, starając się wyjść naprzeciw z jakimś tematem do przemielenia, byleby przerwać dziwne milczenie.
Na pewno nie miała zamiaru chwytać się pytań o powód, dla którego mężczyzna znalazł się w Gildii lub dlaczego robił to, co robił. Przywykła, iż obecni tutaj członkowie rzadko chętnie i gorąco rozprawiają o swojej przyszłości, szczególnie nowo poznanym osobom. Medyk nie wydawał się skryty ani zamknięty w sobie, lecz historyczka nie chciała podejmować tego ryzyka. Szanse na przegraną były zbyt duże. Mogłaby zacząć od siebie, opisać ten jeden raz, gdy ją samą posłano po lecznicze rośliny zamiast doświadczonego zielarza, jednak tamten incydent dalej pozostawiał za sobą cierpki smaczek w gardle za każdym razem, gdy go sobie przypominała. Odebrał jej honor, zdeptał dumę, toteż o nim nie miała zamiaru wspominać choćby słowem.
Nim otworzyła usta, by zauważyć, iż dzisiaj było wyjątkowo gorąco, przynajmniej kilka stopni goręcej niż zazwyczaj, z końca korytarza dobiegł ich szczególnie nieprzyjemny odgłos, za którym pociągnęły się iście męczeńskie jęki. Zza otwartych drzwi wychyliła się postać kucharki, która rozejrzała się w pośpiechu szukając jakiejś biednej duszy do pomocy.
— Ach, jesteś! — zawołała, prędko machając ręką w stronę wypatrzonego mężczyzny, nakazując mu szybkie podejście. Ten przyspieszył na tyle, na ile pozwalała mu proteza, idąc w kierunku Iriny. Kobieta podążyła za nim, trzymając się w jego cieniu dopóki, dopóty oboje nie doszli do pomieszczenia. Nie zdążyła nawet wyłapać wymęczonej, zielonej twarzy nieszczęśnika, by go rozpoznać, gdy od razu odwróciła się na pięcie, zakrywając usta i nos wolną dłonią. Od razu poraził ją zapach wymiocin, dusząc ją i mdląc, a same odgłosy nie pomagały. Oparła się o framugę, puszczając przodem medyka, który wszedł do środka. Była pewna, że gdyby postawiła krok dalej, sama potrzebowałaby wiadra. 

Od Elry cd. Aurory

Oparła się ciężko na łokciach i schowała twarz w dłoniach, gdy nowa członkini wyszła, zamykając za sobą drzwi. To było złe, nieodpowiednie. Za łatwo się rozpraszała, za luźno trzymała wodze, które ograniczały jej emocje. Bała się, że mogła je kompletnie wypuścić, a wtedy byłaby stracona. Spadłaby w najczarniejszą otchłań, a wtedy wszyscy by widzieli, wszyscy by wiedzieli. Zerkaliby na nią różnie; z politowaniem, współczuciem, może nawet znalazłoby się zniesmaczenie. Każdego takiego gestu by nienawidziła, nieważne z jakich brałby się pobudek. Nie znosiła niepotrzebnej atencji, a gdyby na światło dzienne wyszła jej tajemnica, pojawiałaby się na ustach ludzi znacznie częściej niż to było potrzebne.
To bolało.
Bolała ją myśl o nim, bolało samo wspomnienie jego imienia, jedno spojrzenie jakim ją obdarzył. Bo wiedziała, że jest osamotniona w tej emocji, że tylko ona przykładała taką wagę do jego gestów i nie może nikomu tego powiedzieć. To jak unoszenie się na samemu na środku oceanu; chciała płynąć przed siebie, znaleźć bezpieczny ląd, odpocząć choć na chwilę. Jednak nie mogła, opadała z sił, gdyby spróbowała - utonęłaby niechybnie. Pozostało jej tylko czekać, mieć nadzieję, wpatrywać się w bezkres błękitnego nieba, aż w końcu nie byłaby w stanie stwierdzić, gdzie kończy się woda, a zaczyna powietrze. I wdzięczność zalałaby jej serce. On był jej przystanią, otaczał ją ciepłym uczuciem, zmniejszał jej zmartwienia, wygładzał smutki. Uspokajał. Pocieszał.
A przecież nie miał o tym pojęcia, bowiem nigdy nie podszedł do niej bliżej niż na wyciągnięcie ręki, nigdy nie dotknął, nawet nie musnął. Nie obdarzył pokrzepiającym słowem, zwracał się miło, ale oficjalnie i zawsze o sprawach związanych z Gildią. Lecz nie miała cienia pretensji, tak było lepiej.
Bowiem to była jej wina, że hodowała tak naiwną i niepotrzebną miłostkę, zamiast wyrwać ją z korzeniami, gdy tylko wykiełkowała. Nie potrzebowała jej. Przeżyła dwie i pół dekady z sercem niewzruszonym, chłodnym na płeć zarówno tą samą, jak i przeciwną, więc wiedziała, że da się tak żyć; pałać czułością jedynie do ksiąg i papierów, nie troszcząc się o cudzy dotyk. Musiała po prostu znaleźć sposób, by wrócić do dawnej formy.
Twarde postanowienie zakotwiczyło się w jej umyśle, a ciało zmusiło do nagłego wyprostu, jakby gotowe już, teraz, zaraz je spełnić. Jednak kobieta była zbyt gwałtowna w swoich ruchach, bowiem gdy ręce wcisnęła na powrót pod biurko, chcąc położyć je na kolanach, zahaczyła rękawem o uszko swojej filiżanki, przewracając ją. Zerwała się, by postawić jak Bogowie przykazali z powrotem na spodek, jednak połowa jej białej herbaty zdążyła się wylać. Westchnęła, wstając od biurka. Szczęście w nieszczęściu, nie piła czarnej, a i sam napar wylał się jedynie na blat, z dala od papierów. Tego by jej jeszcze brakowało, by doszczętnie zniszczyć dokumenty.
Wilgotne palce, które nie uniknęły cieczy, wytarła w podręczną chustkę, by posprzątać owy bałagan udała się jednak do kuchni po ściereczkę i, oczywiście, imbryk świeżej herbaty. Gdy wróciła do archiwum, zastała tam Aurorę, rozglądającą się po pomieszczeniu, zerkającą od niechcenia na zapełnione raportami półki. 
— Co cię tu sprowadza? — pierwsza odezwała się Elra, gdyż mała postać nie zauważyła jej wchodzącą do środka. Położyła szmatkę na mokrym blacie, a zastawę odstawiła na bok. 

sobota, 24 sierpnia 2019

Od Nagi cd. Kai

Nawet, jeśli egzorcystka nie poczułaby tego znajomego zapachu zanim niespodziewany gość przekroczył próg pokoju, jego kroki zdążyłyby go zdradzić, słyszała je i rozpoznawała z daleka. Stopy odziane w przewiewne, letnie obuwie, z podeszwą uderzającą o posadzkę wybijały rytm skoczny, zachęcający do wspólnej zabawy, wesołego tańca. Ich podskoki były lekkie, jakby do okalających ich sandałków przyczepione były małe, ale silne skrzydła, na tyle silne, by postawić właściciela z gracją na ziemię, jakby sami Bogowie pozwolili na taką magię, co by uprzyjemnić słuchanie beztroskich pląsów.
Taką zgodę, takie nogi miała tylko Kai, która to wparowała na nich do pomieszczenia, zapominając o przywitaniach, pozwalając jedynie dźwiękowi swojego głosu zdradzić jej tożsamość.
— I w tym cały problem — odparła na uwagę kobiety, odwracając się prędko. Wyciągnęła rękę do przodu, która zatrzymała się dopiero na obojczyku brązowowłosej tylko po to, by znaleźć jej postać i sprawnie ją ominąć, podchodząc do stolika przy ścianie. Wertowała dłońmi kolejne kształty i powierzchnie, obijając o siebie naczynka, odsuwając część na lewo, część na prawo, a jeszcze kolejną grupę do tyłu, by dotknęła cegieł i o nie się oparła.
— Jeśli twe oczy sprawne to myślę, że zauważyłaś moje pakowanie. Opuszczam na czas kilku miesięcy mury Gildii, ruszam na Ziemie Święte, by oczyścić ostatecznie występki z wnętrza tego zwierzęcia. Ciało jego niezdolne pomieścić tyle grzechów skrzętnie przeze mnie zbieranych, do moich obowiązków więc należy zapobiec katastrofie.
Ramiona jej wypełniły kępki mocno związanych, suszonych ziół, woreczki z zsuniętymi sznurkami, których wnętrze znane było jedynie kobiecie, kilka słoiczków z płynem jak i stałymi substancjami, parę kamieni. Jej leżąca na łóżku torba pomieściła wszystko, co Naga pragnęła, wszystko, co uważała za potrzebne. Dlatego też nie sposobna było znaleźć w niej choćby skrawek chleba, piętkę, okruszek. Nic, czego zjedzenie przez zdrową osobę nie spowodowałoby negatywnych konsekwencji, poczynając od lekkich a kończąc na poważniejszych. Strawy nie musiała nosić ze sobą, panowało lato, przyroda dawała najobfitsze plony właśnie w tym okresie, poza tym Egzorcystka i tak mało jadała.
— Nie zdolnam porzucić swoich obowiązków ot tak…
Pstryknęła w głowę namolnego ptaka, co to wtykał swój wielki dziób do jednej z kieszeni torby, a z której poleciało trochę pierza, spadając na białą pościel.
— Toteż zaklęłam niektóre drzewa koło murów, głazy, drzwi prowadzące do środka, co by odstraszały napataczające się zmory. Przekazałam również Mistrzowi kilka talizmanów, więc gdybyś potrzebowała - zwróć się do niego, wręczy ci jeden.
Naga doceniała swoją magię, a raczej - możliwość jej wykorzystania. Stanowiła dar z niebios, oczywistym było, iż wdzięczność przepełniała jej serce. Jednak korzystała z niej rzadko, praktycznie w ogóle. Bogowie stworzyli świat jakim był, w takiej formie, w jakiej objawiał się teraz, kobieta nie zamierzała kwestionować niczego, co postawili na jej drodze, na pewno nie używając tej samej umiejętności, którą ją wyróżniono. Dlatego polegała na przyziemnych metodach, zwyczajnych, wykorzystujących dobra w sposób ludzki i wcale nie boski, rany lecząc maściami, niżeli zaklęciami, przytomności pozbawiając naczyniami, a nie czarami.
Lecz do egzorcyzmów swych mocy jak najbardziej używała, jako iż same brudy takowe posiadały. Choć nieczęsto jej się zdarzało zaklinać tak dużą przestrzeń, tak wiele przedmiotów i masywnych obiektów. W głowie jej się lekko kręciło, czuła się ździebko zmęczona, a gdyby widziała otaczające ją obrazy, te prawdopodobnie odrobinę by się rozmazały. Jednakże czas nie był litościwy, a krucza forma stawała się coraz bardziej kruche, toteż należało się spieszyć. Jej ciało miało za sobą okrutniejsze doświadczenia.
Kai?
(and we're gonna rule)

Od Adonisa cd Elry

⸻⸻ ❍ ⸻⸻

Biblioteka nie była pomieszczeniem najlepiej oświetlonym. Słabe, rozmyte smugi światła dziennego padały nieregularnie, jedynie tam, gdzie znajdowały się okna. Dało dostrzec się w nich tańczące w przestrzeni drobiny, unoszący się kurz, włosy i pajęczyny, podkreślane przez coraz to intensywniejsze błyski wskazujące na to, że dochodziło południe. Charakterystyczny zapach starych ksiąg, zżółkniętych stronic zalęgł mu w nozdrzach, przypominając na każdym kroku, gdzie się znajduje, również, że powinien zachowywać odpowiednie dla tego miejsca maniery. Bał się, że podniesienie głosu przewróciłoby jeden z regałów. Były niezwykle wysokie, pięknie zdobione, chociaż co do tej kwestii nie był pewien, bowiem musiał dość długo przyglądać się krawędziom mebli, by dostrzec cokolwiek w panującym półmroku.
Miejsce to wydawało mu się niczym mistyczna kraina, może również dlatego, że w rzeczywistości było ono zazwyczaj niedostępne dla osób podobnych do niego. Dzieci ulicy nie posiadały tego przywileju, nie zerkano na nie przychylnie, gdy wchodziły do miejskich czytelni, a i traktowano je, jakby przenosiły groźne choroby. Odkąd tylko pamiętał, wyganiano go z większości obiektów publicznych. Nikogo więc nie dziwiło, że młodzież taka jak on długo trwała niewyedukowana. W tym wszystkim również i Adonis, który, chociaż był zafascynowany medium, jakim była książka i historiami, jakie mogła skrywać, przez długi czas nie był do niej dopuszczany. Sprawą dla niego wstydliwą nie było koniecznie to, prędzej fakt, że do piętnastego roku życia nie znał alfabetu, a do osiemnastego nie potrafił przeczytać niczego, poza charakterystycznymi szyldami nad budynkami. O ile zapamiętywanie ich treści i tego, która gdzie pasowała, można było nazwać czytaniem.
Przed ciemnymi, niczym dobra, południowa i do tego mocna jak diabli kawa, oczami często malowały się urywki poprzedniego życia, jak lubił to mianować, szczególnie, teraz gdy zdołał jakoś wyjść na prostą. Doskonale widział piekarnię znajdującą się na rogu jednej z głównych ulic wychodzących z rynku, centrum tamtejszego miasteczka, a jednocześnie jego ówczesnego życia. Nie była ona jedyną w mieście, nie była również najlepszą, czy najbardziej prestiżową. Budynek był zwykły, prosty, mała, wąska kamienica wetknięta jak plomba między dwa potężne budynki. Żona piekarza zawsze dbała, by szeroko otwarte okno, z którego wydobywał się przepyszny zapach świeżego chleba, od którego Adonisowi uszy wręcz się trzęsły, zapraszał nie tylko aromatem, jak i wyglądem. Ilość bibelotów wiszących na dekoracyjnym płocie stojącym tuż pod parapetem nigdy nie była przesadzona, a kobieta wyraźnie pokazywała konkurencji, że ma gust co do tych spraw. Lubiła też rośliny, niekoniecznie te kwitnące, prędzej zielone, może nawet i przypominające bardziej dzikie trawy.
Ze strony młodego chłopca było to, można by rzec, niegrzeczne, bo przychodził tam raz w tygodniu, licząc na choćby najmniejszy kawał chleba. Robił to z wielu względów. Po pierwsze, posiadał nieopisany sentyment do tego miejsca. Nie wiedział czemu, melancholia dopadała go za każdym razem, gdy siedząc w zatęchłej, wilgotnej uliczce, kryjąc się przed patrolem nocnym, który zgarniał bezdomne dzieciaki czy też przed później grasującymi poszukiwaczami niewolników, których można odsprzedać do domów rozkoszy, rozmyślał w sposób dość płytki nad piekarnią na rogu ulicy. Po drugie, kobieta, żona piekarza, była dla niego niezwykle życzliwa i prawie zawsze udawało mu się wybłagać od niej kawałek chleba. Przy dobrej porze i humorze, miewał nawet takie szczęście, by otrzymać coś świeżego, jeszcze z rana tego samego dnia, zamiast czerstwą piętkę.
Jak później się dowiedział, kobieta niedawno przed jego pierwszym pojawieniem się straciła syna. Mężczyzna wyruszył w podróż, kierował się na wschód, z którego nigdy już nie powrócił. Sprawa ta wzburzyła Adonisa na tyle mocno, by po pierwszym udanym napadzie na wóz przewożący skarby któregoś szlachcica, gdy zaciągnął się do jednej z grasujących w mieście szajek, ruszył do piekarni kupić bochenek chleba. Przepłacił za niego okrutnie, ignorując słowa staruszki, stanowiące o tym, że nie mogą przyjąć tych pieniędzy. On natomiast nie słuchał, ignorował wszystko, dziękując za wszystkie lata, podczas których utrzymywali go właściwie przy życiu, całując stare, spracowane dłonie kobiety, wręcz wypłakując się, gdy podawał rękę piekarzowi. Miał wtedy szesnaście lat i był o rok młodszy od ich syna w momencie, gdy ruszył w nieznane.
Ludzie ci, chociaż obcy, byli mu tak bliscy i zawdzięczał im tak wiele, iż jeszcze wielokrotnie przychodził spłacić dług wdzięczności, czego i tak nigdy nie osiągnął, a niedawno pojawił się również na pogrzebie piekarza.
Tęsknił bardzo za zapachem świeżego chleba uciekającym przez uchylone okno, tak pięknie przyozdobione haftowanymi serwetkami i pluszowymi kurczętami.
Teraz jednak zamiast ciepłego powietrza spowitego pysznym aromatem, musiał pogodzić się z nieco chłodniejszą atmosferą i wonią ksiąg przeplataną delikatnymi, zdaje się, perfumami kobiety, która zniknęła gdzieś między półkami. Całkiem natomiast do rzeczywistości przywołał go jej powrót, który nastał i tak dość prędko po jej zniknięciu. Jedyne co różniło poprzedni obrazek od obecnego, to trzy, potężne tomiszcza, które dzierżyła w dłoniach i znad których łypała mądrym okiem.
— Żebym ja jeszcze wiedział, jaki to gatunek, to bym z radością wam go opisał — parsknął, przypominając sobie o zgiętej karteczce znajdującej się w kieszeni jego płaszcza. Poprawił ponownie uchwyt na rzeźbionej główce, starając się odwrócić swoją uwagę i nie wiedział do końca, czy od zalegającej gdzieś z tyłu głowy myśli, czy może jednak od stojącej przed nim kobiety. — Pozwolę panience ponieść jedną, nie więcej i proszę się ze mną nie spierać, bo nie mam w zwyczaju odpuszczać — dodał z uśmiechem, po czym podszedł do jednego z krzeseł, by oprzeć o nie laskę. Zaczepił wystający łeb wilka o drewno, by mieć pewność, że nie upadnie, po czym stanął stabilniej na nogach, upewniając się, że proteza nie przesunęła się pod jego kikutem i gdy był już pewien swego, przejął od kobiety dwa tomiszcza, nie pozwalając jej nawet pisnąć słówkiem.
Prawdą było to, że potrafił poruszać się bez laski. Nie była mu ona potrzebna, a towarzyszyła mężczyźnie tylko dla pewności i uspokojenia pewnych wewnętrznych, nieuzasadnionych lęków, którymi pałał. Stabilność, którą zachowywał bez niej, wciąż mu nie wystarczała, dlatego chwytał za przyrząd i korzystał z niego, dla własnego spokoju ducha, a do tego własnego przekonania, że po prostu z wyważonym przedmiotem pod dłonią wyglądał dostojniej i poważniej.
— Co do tego, czy coś więcej. Niektórzy i znam to z doświadczenia, mają wrażliwsze żołądki, niż na to wyglądają — rzucił, parskając cichym śmiechem na wspomnienie jednego z największych osiłków w grupie, którego trzymały największe problemy i to nawet po zjedzeniu zwykłego jajka, których najwidoczniej to nie trawił. Przyprawiały go o tak silne bule brzucha, iż przez kilka najbliższych dni, o ile nie tygodni, nie nadawał się do właściwie niczego. Stukot jego protezy był cięższy, niż dotychczas, co najwidoczniej spowodowane było większym ciężarem, który musiał na nią napierać. Wciąż jednak poruszała się gładko i bez niepotrzebnych szczęków ze strony mechanizmu, które przeżył i tak dość sporo.

⸻⸻ ❍ ⸻⸻
[Elro?]

Od Ophelosa CD Krabata – Event

Dyskusja poszła nie w tym kierunku, w którym powinna iść. Nie tak powinna przebiec, nie takich słów Ophelos by użył, gdyby tylko nie zmęczenie, ogólna frustracja spowodowana pechami tej długiej, żmudnej podróży oraz złość podbita nietrafnymi komentarzami, docinkami powodującymi, iż krew w żyłach zaczynała tak niebezpiecznie buzować, a głowa nieprzyjemnie pulsować pod natłokiem emocji. Bo nigdy, przenigdy, dobrze wychowany, młody panicz Mévouigre nie rzuciłby słów o cudzym wyglądzie w dyskusji, nie wspomniałby o nieistniejącym odorze drugiego ciała, nie pomyślałby nawet o nazwaniu szczurem. Przecież tak bardzo szczycił się swoim opanowaniem, niektórzy określiliby to po prostu wywaleniem. Lubił czuć się wyżej, lubił czuć się lepiej od osoby rzucającej w jego kierunku oszczerstwami. A jednak stało się i nie było odwrotu, nieprzemyślane wyrazy opuszczały usta raz po raz, by następnie w łóżku nachodziły go, szarpały za włosy i śmiały się prosto w twarz, mówiąc, iż upadł, upadł na samo dno, a i zakopał się pod mułem brudu, tonąc w nim. I czuł, jak to wszystko dostaje się do płuc, a on próbuje wziąć nerwowy dech świeżego powietrza i nie może, nie może, pogrążając się jeszcze bardziej, niż kilka sekund temu. Postawcie więc nędzny grób, płytę z kamienia bez tytułów, bez rzeźb i pomników. A na nim napiszcie, iż tu spoczywa duma oraz godność Ophelosa Chrysanthosa z domu Mévouigre.
Chryzancie, cóż się z tobą stało?
I może ktoś krzyknął w ostateczności to nieuchronne, a przy tym zbawienne dość, jednak ambicja, męska duma oraz wysoko zadarty nos nigdy miały nie pozwolić, by nie pozostawić po sobie ostatniego słowa, które, miał nadzieję, odłożyłoby dyskusję na później. Chryzant nawet nie liczył, iż by jego zdanie miało zamknąć rozmowę z Krabatem, co to, to nie, spodziewał się w dosyć bliskiej przyszłości jego pięści na swoim orlim nosie. Przynajmniej złamanie nie byłoby bardzo widoczne.
Może i na to zasłużył, kto wie. Obaj zasłużyli, tak więc, jeżeli już by do drobnej potyczki doszło, zadbałby, by nie pozostać dłużnym. W końcu blondyn traktował to jak rękawicę rzuconą w swoim kierunku.
Podszedł do Krabata lekkim krokiem, utrzymując z nim hardo kontakt wzrokowy, który ze sobą złapali i puścić nie chcieli, jak gdyby zależała od tego ich duma oraz zdobycie magicznej nagrody.
Nikt do końca nie wiedział, czym miałaby ta nagroda być. Kalesony ze szczerego złota? Możliwe. Stanął na przeciwko drugiego mężczyzny, górując nad nim odrobinę, różnica wzrostu jednak nie była ogromna, ba, nędzne kilka centymetrów (aczkolwiek dawały one chore poczucie tej jednej wygranej, oj, zdecydowanie dawały).
— Nie wiesz, kim jestem, nie znasz mnie i nie wiesz, co w życiu osiągnąłem — syknął, ściągając brwi, jedną z dłoni, tą, którą chwytał za miecz, trzymając na stole. Wolał choć w tym temacie trzymać się w ryzach, nie pragnąc obciąć końcówki nosa swojemu, nieznośnemu oraz irytującemu, aczkolwiek przydatnemu, kompanowi. W końcu każda para rąk miała się przydać. — Nie wiesz nawet, ile poświęciłem, by znaleźć się na tym twoim nic nieznaczącym i nic niewymagającym szczycie, który podobno dostałem od tak, w końcu właśnie tak się zostaje rycerzem Nathoriego, czyż nie? — zapytał, zerkając kątem siwego oka na Narcissę, jakby na potwierdzenie swoich słów, bo przecież sama doskonale wiedziała, ile to kosztuje, a doświadczyła tego wszystkiego podwójnie czy potrójnie, będąc kobietą. Narcissę, która miast się gotować, spoglądała na niego bursztynowym, chłodnym spojrzeniem, niby wąż gotowy do ataku. Równie dobrze można więc wykorzystać pozostały mu czas aktualnego żywota. — Nie wiesz również, ile zaszczytów odrzuciłem, ilu ludzi zawiodłem, gdy z niego za moją decyzją spadłem, znajdując się teraz tu, gdzie stoję, miast znajdować się u boku króla, łapać takich rzezimieszków i bandytów jak ty — warknął, warknął okropnie i nigdy nie spodziewałby się po sobie tak nędznego warknięcia, obelgi, która nigdy nie powinna opuścić umysłu, gdy mieli współpracować, a nie się kłócić, do jasnej kurwy nędzy. — Nie, nie wyświadczasz nikomu grzeczności narzekając i jojcząc na wszystko, co cię otacza. Nie, niektóre z moich słów nie zostały odpowiednio przemyślane, za co przepraszam, gdyż były mnie niegodne, nie będę jednak stać bezczynnie, kiedy obelgi rzucane są i w moją stronę, a ta marna dyskusja ciągnęła się w nieskończoność. Nie, nie będę brać udziału w żadnych nędznych potyczkach na pięści, niby udowadniając drugiemu, iż jestem wyżej postawionym, większym czy silniejszym samcem. Rzuć rękawicę w odpowiednim momencie, Krabacie, wtedy bardzo chętnie ją podejmę, bez zawahania. Dozbrojeni po równo, bez marnych sztuczek, bez wyciągania sztyletów zza płaszcza, byleby zranić przeciwnika. Sprawiedliwie, na promienistych oczach Nathoriego — oświadczył, skinąwszy głową Ratignakowi, po czym odwrócił się na pięcie i powrócił na swe miejsce. — Rozmowę bardzo chętnie będę kontynuować, obaj chyba jednak wiemy, iż teraz lepiej skupić się na wykonaniu porządnie naszego zadania, niźli naszych sprzeczkach, choć w tej kwestii bądźmy inteligentni. Wychodzić nie zamierzam, nie po to tłukłem się przez ostatnie dni w tym szaleńczym tempie, chcąc was dogonić, by teraz pozostawić wszystko samemu sobie — zakończył.
Chryzant westchnął ciężko. Odkaszlnął, może i ostatecznie opuszczając smętny, nawet niezbyt zawstydzony wzrok na drewniany blat stołu. Byleby uniknąć bursztynowego spojrzenia. Bo przecież zdawał sobie sprawę, iż z góry jego pozycję przesądzono i iż była ona przegrana w oczach kuzynki, która mogła pewnie teraz znaleźć jedynie zawód w sercu, spoglądając na własną krew. Buzującą, nieopanowaną, niegodną rycerza.
Może odrzucenie zbroi oraz złotych ostróg było decyzją lepszą, niźli za wczasu uważał. Może jednak nie nadawał się do królewskiej gwardii, może w tym wszystkim, właśnie w takich chwilach jego tak skrzętnie hamowana porywczość oraz podburzana przez złotoskórego ambicja wychodziła na wierzch, ukazując prawdziwe oblicze ostatniego syna spod nazwiska Mévouigre.
Mężczyzna przetarł dłonią twarz, starając się przy okazji zasłonić srebrne oczy. Zamrugał kilka razy, chcąc, by choć trochę przestały boleć, wtórując w tym wszystkim skroniom oraz pozostałym mięśniom jego zmęczonego ciała. Tak, był zmęczony, niezwykle zmęczony, a przecież dopiero co odpoczywał pod strzelistą sosną oraz fajką w ustach, przecież dopiero co podjął decyzję, iż wraca do tej ukochanej adrenaliny, która teraz jedynie była utrapieniem oraz defektem, niźli czystą przyjemnością. Zastukał palcami o drewno, w jeden z nich weszła drzazga.
Przeklnął w myślach siebie, Ratignaka, Narcyzę oraz nadal siedzącą cicho dwójkę, całą tę podróż, zagubioną fajkę oraz tych pieprzonych bandytów, którzy uszkodzili jego policzek, malując na nim nieładną szramę.

[ Chryź ma potężny wkurw part 2 ]

Od Krabata cd. Narcissy

Krabat na chwilę pozbawiony możliwości mówienia, za co jak każdorazowo zemsta jego będzie straszliwa i równie słodka, przede wszystkim dla niego samego, niekoniecznie dla uszu przypadkowej ofiary, nieufnym okiem łypał na swoich przymusowych towarzyszy ze szczególnym uwzględnieniem panicza wykazującego znaczne powinowactwo z wełnistymi istotami, które na co dzień znajdowały się pod jego opieką. Krabat czuł wrzącą krew powoli uderzającą mu do głowy, choć po tysiąckroć przysięgał sobie nigdy więcej nie dać emocjom dojść do głosu. Nie umiał powiedzieć czy cała ta wewnętrzna burza rozgrywa się za sprawą Chryzanta, który zdawał się na moment skupić w swym przecież nie tak rosłym ciele wszelkie koszmary prześladujące Krabata, co biorąc pod uwagę jego zdolność do szukania problemów także tam gdzie nawet ich pozoru normalny człowiek by się nie dopatrzył, było nie lada osiągnięciem, czy też obecności Narcissy, która potrafiła na tyle zawrócić mu w głowie, z której nikt nigdy nie wybił mu owej pięknej blondwłosej wojowniczki ścigającej go między soczystą zielenią lasów i srebrem wysokich gór, że gotów pomylić jabłko z ziemniakiem. Jako że pierwszy powód zamieszania znajdował się tymczasowo poza jego zasięgiem postanowił wylać całą swoją frustrację na niczego niespodziewającego się szlachcica. Doczekał, wiec jak kulturalnego człowieka, a takiego w pewnych kręgach zawsze opłacało się udawać do końca wypowiedzi i uśmiechnąwszy się z pewnym odcieniem goryczy wymalowanym na ustach rozpoczął nie monolog tym razem, a istny ostrzał.
- I o tym właśnie mówię. Jak widzę znajdzie się jeszcze na tym ugorze, jakieś szlachetne drzewo rozsądku i żeby pan szlachcic nie miał wątpliwości nie o nim tu mowa. Nie panie Ophelos używanie trudnych słów nie czyni jeszcze mądrym. Jak to było nie podżentelmeńsku, jakbyśmy na balu jakim byli, kiedy ja właśnie wyświadczam wszystkim grzeczność, bo jak widzę beze mnie poza panienką Narcissą wszyscy jak dzieci we mgle. - Dyskretnie skłonił się w jej kierunku uśmiechając się jeszcze bardziej skrycie, by mu żaden zazdrosny sęp nie wydarł tego blasku bursztynowych oczu, które tak pięknie błyszczały w półmroku korytarza - Myślę, ze panienka na tyle jest duża, iż nie potrzebuje adwokata i jakby miała coś przeciwko to zakomunikowałaby to samodzielnie.
- No proszę adwokata! Skąd takie mądre słowa w ustach takiego chama.
- W twoim towarzystwie i rodzina królewska, by schamiała do reszty. Dostosowuję się do poziomu.
- Ach więc może w ogóle powinieneś sobie wynająć służbę i sam poprowadzić całą akcję, bo pragnę cię uświadomić my nią nie jesteśmy.
- Gryzie cię, że jako jedyny mam dość zimnej krwi by przejąć dowodzenie, co? Zróbmy konkurs kto jest bardziej doświadczony, ja mam dwie blizny na twarzy ty jedną, wygrałem
- Mam ci pokazać te na plecach i na klatce piersiowej? i jestem rok starszy. Wygrałem
- Ale lochów od środka nie widziałeś. I nie próbowali cie truć czym popadnie i blizn po torturach nie masz, jeden rok w i więzieniu liczy się za dwa więc... wygrałem
- Wojenka mi wystarczyła, naprawdę, a lochy kilka razy zwiedzałem, aczkolwiek stałem po tej dobrej stronie od krat, w przeciwieństwie do ciebie
- Po tej dobrej stronie... powiedziałbym coś, ale zdaje się znowu stałbym po tej niewłaściwej stronie, wiec zmilczę, ale pragnę jedynie zwrócić uwagę, że kaci, a są to jak większość sądzi ludzie bez czci i honoru stali po tej samej stronie co ty. Łatwo się pastwić nad człowiekiem w kajdanach. Tchórze.
- Łatwiej również kraść, niż wziąć się do uczciwej roboty, nieprawdaż? Kaci przynajmniej to rozumieją.
- Znalazł się uczciwie pracujący. Łatwiej urodzić się szlachcicem i rączek żadną robotą nie kalać tylko czekać aż na tacy przyniosą. I to jest niby uczciwe.
Zdaje się, że Narcissa szykowała się przerwać zażartą licytację, ale nabrała ona takiego tępa i temperatury, że nie sposób było się zbliżyć by i samemu się nie sparzyć.
- A czy to uczciwe, żeby człowiek o właściwej pozycji i urodzeniu, na które jego przodkowie zapracowali ciężko walką, by takie pomioty jak ty mogły sobie spokojnie grzebać w ziemi, tudzież rabować, ile wlezie, musiał obracać się w takim towarzystwie jak... - skrzywił się wymownie.
- Tak? Towarzystwo nie odpowiada? To śmiało droga wolna, drzwi stoją otworem. Jeszcze się przeziębię na twoim pogrzebie i odtańczę kankana, jak cię w jakiej ciemnej uliczce zaciukają, a jak widzę po tym ślicznym znaczku to nie będzie trudne. Zresztą nie liczy się ilość tylko sposób zdobycia blizn. A te jak sądzę to po pazurkach jakiejś pięknej panny, bo nie sądzę, by jakikolwiek szanujący się złodziej połakomił się na takie truchło.
- Pan Krabat to się widzę zna na kobietach, ale z taką facjatą to myślę tylko ze słyszenia.
- A ty coś materacem był. Typowe. Przychodzi taki cwaniaczek spóźniony, nie ma nic do powiedzenia tylko odszczeknąć dobrze potrafi, jak każdy dobrze tresowany pies.
- Uważaj, uważaj bo psy maja ostre zęby
- Podobnie jak szczury
- Niezbyt widzę wyszukane inwektywy, po tak oczytanym człowieku spodziewałbym się czegoś więcej - syknął zjadliwie, mrużąc siwe oczy, które pod wpływem przecinającej twarz blizny nabrały jakiegoś dziwnie groźnego wyrazu w połączeniu z świeżo zapuszczoną brodą.
- Po cóż szukać nie wiadomo czego jak te najprostsze są zarazem najtrafniejsze. Patrz chwila w lesie i jużeś szczeciną porósł. Po coś ten koper na polikach zasiał.
- Ja się przynajmniej myję w przeciwieństwie do co poniektórych.
- I chyba olej z głowy wypłukujesz, skąd ten pomysł żeby całym tabunem ruszyć sobie w miasto. Oczywiście widok mnie w towarzystwie panienki Aigis i sławnego, nie wiem z czego, bo chyba tylko z głupoty być może rycerza, z osiłkiem i flirciarzem absolutnie nie zwróci niczyjej uwagi. Przecież wiadomo że musimy tak jak mówiła Narcissa podzielić się na dwie grupy.
- Ale to nie znaczy, że ty koniecznie musisz być z nim.
- Tak jak to że wylądowaliśmy w jednej drużynie nie znaczy, ze nie mogę przestawić ci paru kosteczek. Ostatecznie nie ma to jak cios w nos na orzeźwienie.
- Tylko spróbuj, ale jak chcesz mogę ci taki zabieg zafundować.
- Nie szastaj tak pieniędzmi, bo wątpię byś  choćby próbował pofatygować się osobiście.
- Dość! - ktoś wrzasnął, ale w ogólnym rozgardiaszu trudno było dojść do kogo ów głos należał.

<Ktoś?>

Od Kai CD Nagi


Gorączki ustąpiły, wraz z dreszczami, potami na czole oraz bledszą niż zazwyczaj skórą. Choć ta u Kai nadal jednak pozostawała ciemna, opalona, posmagana promieniami słońca bogów. Lubiła to. Lubiła, że w ten sposób się wyróżniała na tle tak wielu bladych twarzy, że w chłodniejszych miejscach przyciągało to ciekawskie spojrzenia zainteresowane całą egzotyką jej persony. Pytali, skąd pochodziła, gdzie urodzili się jej rodzice, niby starając się zagaić jakąkolwiek rozmowę. A ona nie odpowiadała, bo przecież nigdy tego nie robiła, uśmiechając się jedynie tajemniczo, może czasami zahaczając palcami o ich policzki, gdy ciekawska buźka bardziej jej się podobała. Lubiła też, gdy wplatali dłonie w kędzierzawe włosy, pociągając lekko, ale nie za mocno, obserwując, jak prostują się, by następnie szybko powrócić na swoje prawowite miejsce. Lubiła też, gdy wpatrywali się w zielone oczy, szukając w nich odpowiedzi, których nigdy odnaleźć tam nie mieli, jak i w żadnym innym miejscu. 
Naga odwiedzała ją w czasie powrotu do zdrowia stosunkowao często, przybywając z zapachem tych ususzonych, jak i świeżych ziół oraz wilgotnej, po zimie powracającej do życia, ziemi, przynosząc maści, leki, balsamy, z których bardka korzystała z chęcią oraz należytą im cześcią. Nie marnując, nie nakładając za wiele, gdy nie było takiej potrzeby, miast tego rozkoszując się zapachami, uczuciem czy to chłodzenia, czy grzania. Dlatego też nie powiadamiała Desideriusa o swoich problemach, może i trochę egoistycznie ciesząc się  towarzystwem egzorcystki. To prawda, była specyficzna. Była cicha oraz odrobinę oschła, chłodna jak sople lodu.
Ale przecież do tych właśnie najlepiej przylegały palce, nie chcąc następnie puścić. 
Kai obserwowała więc kobietę z dziecinną ciekawością, dokładnie z taką, jaką obdarzano ją w karczmach, na ulicach czy na targach. Śledziła płynne ruchy dłoni oraz stóp, szybkie palce, zawsze reagujące w odpowiednim momencie. Gdy coś miało spaść lub gdy kruk dawał się we znaki. Bardka parskała wtedy cichym śmiechem, kręcąc głową i dodając coś o niesforności kruka. 
Naga uśmiechała się wtedy odrobinę, a Kai z ogromną chęcią uśmiech odwzajemniała, nawet jeżeli jej towarzyszka miała go nigdy nie ujrzeć.
I nadeszło lato. Gorące, upalne, a kiedyś przyzwyczajona do takich temperatur bardka teraz fukała, denerwowała się, bo włosy bywały jeszcze bardziej nieposłuszne niż przedtem, a lniane koszule przyklejały się do ciała, a chłodnego wiatru czy deszczu brak, a słońce oślepia, a niektórych nawet naraża na poparzenia.
W tym całym narzekaniu nie pobiła jednak Krabata, co to, to nie.
A wraz z końcem wiosny, początkiem lata i już ostatecznym pożegnaniem się z męczącą gorączką, egzorcystka przestała ją odwiedzać. Nie dziwota, w końcu miała lepsze rzeczy do roboty, niźli użerać się z odrobinę nie tak wychowaną bardką, odrobinę hop do przodu i odrobinę zbyt wesołą, w gildii praktycznie nic nie robiącą. No, może raz na jakiś czas napisała kolejną pieśń, jej robota jednak nie była zbyt wymagająca lub przemęczająca mięśnie. Kai kręciła się, wchodząc tam i tu, rozmawiając z tym i tamtym, nigdy jednak nie wzięła się za konkrety. Nikt również nie zwrócił jej na to uwagi, dlatego też robiła to dalej, wchodząc na głowę każdemu, a przy tym nikomu.
Zdecydowała się ostatecznie również uprzykrzyć życie i Nadze, pukając do jej pokoiku, którego, według jej dokładnych obserwacji, egzorcystka tego poranka nie wyszła. Drzwi uchyliły się, a kobieta od razu uśmiechnęła się od ucha do ucha, prawie jak zawsze zapominając, by powiadomić, kim w ogóle jest i czego tu szuka.
— Przyszłam zerknąć, co porabiasz — oświadczyła, starając się zajrzeć przez ramię Nadze. — Nie widziałam ciebie nigdzie od samego poranka, muszę przyznać, zaczynałam się martwić. Och, masz piórko na ramieniu — zauważyła i wraz z tym słowem, zdjęła wspomnianą drobnostkę z barku drugiej kobiety.

[ we're back baby ]